Django

Quentin Tarantino to ciekawy człowiek. Od kilku lat widać było wyraźnie jego fascynację włoskim westernem. Najpierw zrobił film kung-fu w tym stylu. Potem wplótł podobne motywy do filmu wojennego. A gdy na końcu postanowił zrobić autentyczny spaghetti western, zmiksował go z…sam już nie wiem czym.

 

I wyszło mu rewelacyjne danie.

„Django” to opowieść o niewolniku (Foxx), łowcy nagród (rewelacyjny Waltz), złym plantatorze (DiCaprio) i kilku innych postaciach, którymi pan Q. postanowił zaludnić Dziki Zachód. Jest wiec ów nieszczęsny niewolnik jedyną osobą, która może pomóc łowcy nagród odnaleźć ukrytych łotrów. W zamian za tę drobną przysługę, tytułowy Django otrzymuje wolność (co jest szokiem dla praworządnych mieszkańców południa – czarny na koniu). I postanawia odnaleźć swoją żonę, sprzedaną w niewolę wspomnianemu już złemu plantatorowi. A łowca nagród postanawia pomóc mu w poszukiwaniach… i to jest dopiero fragment całej opowieści. Po drodze będzie – jak to zwykle u Tarantino – masa trupów i śmiechu.

Wiem, że jestem niesamowicie stronniczy, ale nie potrafię inaczej patrzeć na filmy Tarantino. Zazwyczaj podoba mi się w nich wszystko – ale tutaj owo „wszystko” podoba mi się jeszcze bardziej. Świetnie dobrana jest muzyka, korespondująca z tempem filmu. A same ujęcia… pomijając fontanny krwi to bardzo plastyczny film. Scena nakrywania do stołu to małe arcydziełko.

O grze aktorów można powiedzieć tylko dobrze – ale nic dziwnego, bo ten reżyser wie, czego oczekuje. W „Django” ponownie pokazał, że wyciągnięcie z Austrii Waltza dla światowego kina było jedną z najgenialniejszych decyzji w ostatniej dekadzie. Sięgnął po Samuela L. Jacksona i obsadził go w nieco większej roli niż w „Kill Bill” – a Jackson miał po raz kolejny okazję wykazać się. Okazję, co trzeba nadmienić, niezmarnowaną. Jest wreszcie DiCaprio, który rewelacyjnym aktorem jest i basta. Tu gra nieco przerysowaną postać – nawet jak na standardy Tarantino – ale ogląda się go świetnie.

Czy jest coś, co mi się w „Django” nie podobało? Nie.

Czy polecam obejrzenie „Django”? Zdecydowanie tak. Ja ostatni raz tak dobrze bawiłem się w kinie na… „Bękartach wojny”. I już wiem, że tarantinowski western zakupię na DVD, aby wracać do niego nie raz. Czego również i Wam życzę.

  • no właśnie bękarty bękartami, ale chyba django mi wystarczy tylko trailerowo.

    • Powiem Ci, że trailer to tylko przedsmak. Film rozkłada widza na obie łopatki – pod jednym wszakże warunkiem: trzeba być fanem QT.