„Sęp” – czyli jak wyobrażamy sobie Hollywood

Najpierw był tajemniczy zwiastun. Potem przecieki dotyczące fabuły, muzyki. Potem jeszcze jeden zwiastun. I szumna akcja marketingowa. Oto film na „holiłódzkim” poziomie. Ze świetną obsadą. Nietuzinkową historią. Po prostu – trzeba to zobaczyć.

Jak mus, to mus.

Film opowiada historię policjanta o niezwykle twórczej ksywie „Sęp” (Michał Żebrowski), który dostaje zlecenie od samego generała policji (świetny, choć nieco przerysowany, dawno niewidziany w kinie Piotr Fronczewski). Ma się dowiedzieć kto i dlaczego porywa największych bandytów w kraju. A złoczyńców zniknęło już kilkudziesięciu i to w różnych okolicznościach – ostatniego odbito wprost z sali sądowej. Młody sęp dostaje do pomocy starego…orła (Daniel Olbrychski) i razem ruszają w miasto, aby rozwiązać zagadkę znikających szubrawców.

Więcej zdradzać nie będę, bo jakiś poziom recenzji trzymać jednak trzeba. Aczkolwiek kusi mnie, aby napisać wszystko – i w ten sposób ostatecznie przekonać Was, że na „Sępa” iść nie warto. No niestety, nie udało się tym razem.

Film miał być na dobrym, amerykańskim poziomie i realizacyjnie był, faktycznie. Ale do realizacji to już od kilku lat w polskim kinie nie można się czepiać (co podkreślam przy każdej możliwej okazji). Czego więc zabrakło do owego amerykańskiego snu?

Dobrego wykorzystania tego, co już było w filmie.

Po pierwsze – historii. Opowieść, którą przytoczyłem powyżej, z pewnością sprawdziłaby się jako rasowy thriller. Możliwości gmatwania akcji i niespodziewanych jej zwrotów wydają się być nieskończone. A jednak – twórcy poszli po linii najmniejszego oporu i stworzyli banał. Na dodatek pokazali go tak, że mniej więcej od jednej czwartej filmu wiadomo było, o co chodzi. I jak to się skończy. Wszystkie smaczki, które mogły być odkrywane przy drugim czy trzecim oglądaniu, podawane są na tacy… A właściwie wali się nimi prosto między oczy. To męczy i jest brakiem szacunku do widza.

No i jeszcze postanowiono film „wzbogacić” o filozoficzne mądrości. Bohaterowie prawią morały, jakby czytali je z książki. Na dodatek są to kwestie tak oderwane od biegu akcji, że można się zastanowić, czy przypadkiem nie zmontowano dwóch różnych filmów. Całość ociera się o banał i Paulo Coelho, więc nie będę przytaczał przykładów. Uwierzcie mi, to potrafi rozdrażnić i zmęczyć.

Druga kwestia – aktorzy. Film miał świetną obsadę, nie tylko na pierwszym czy drugim planie, ale też na trzecim. Szkoda (moim zdaniem), że nie wykorzystano Andrzeja Grabowskiego jako drobnego gangstera. Albo Piotra Gąsowskiego jako sprzedajnego gliny. To mogły być ciekawe historie, a tak są tylko epizody.

Jest jeszcze muzyka, stworzona przez zagraniczny zespół Archive. No, skoro za muzykę nie bierze się zegarek producenta z siedemnastoma melodykami, tylko zagraniczna kapela… To znaczy tylko tyle, że muzyka jakaś w tle jest. Ale nie powala. Może to nie moje klimaty, ale wydaje mi się, że jak już muzyka przebiła się przez film, to była zupełnie nijaka. Nawet płyty nie będę szukał.

Dlatego – przy całej mojej sympatii dla polskiego kina, odradzam oglądanie „Sępa”. O ile nie jesteście fanami Żebrowskiego lub nie interesuje Was nagi biust Anny Przybylskiej, to nie znajdziecie w tym filmie nic, co by Was mogło zatrzymać. Jak już musicie (Wasz kolega podawał wodę na planie i chcecie mu zrobić przyjemność), to poczekajcie, aż dołączą ten film do jakiejś „Gali”. Albo będzie za 10 zł w VOD.

Jeśli podobał Ci się ten tekst, polub mnie na Facebooku!