Podsumowanie roku 2012

Rok 2012 miał być ostatnim rokiem w historii ludzkości. Majowie przemówili i w grudniu świat, jaki znamy, miał się skończyć. Oczywiście, taka sytuacja ma nawet swoje plusy, ale chodziło o to, aby te plusy nie przysłoniły nam minusów. Świat się kończył i trzeba było chwytać go garściami.

Co też uczyniłem.

Na początek spójrzmy, jakie postanowienia miałem na początku minionego roku. Na szczęście zmieściłem je w poprzednim wpisie podsumowującym.

Miałem częściej pisać na blogu – i udało się. W 2012 roku opublikowałem 60 wpisów. Czy to dużo, czy mało – osądźcie sami. Ale jest to rekordowa ilość i wysoko postawiona poprzeczka.  Nie mi oceniać jakość tekstów, ale z kilku jestem autentycznie zadowolony. Miałem też – w ramach powrotu do pisania – napisać przynajmniej dwa opowiadania. Tu sukcesu niestety nie ma, a raczej jest połowiczny. Zacząłem pisać dwa opowiadania. Teraz muszę je tylko skończyć – może to dobre postanowienie na 2013?

Ale pisałem nie tylko tutaj. Dokładnie 1 stycznia 2012 roku uruchomiłem nowy blog – „Gdańsk z dołu„. I tam dopiero się rozkręciłem… ponad 180 wpisów, ponad 200 fanów na Facebooku – patrząc na statystyki nowy blog bardzo szybko dogonił stary, a w pewnym momencie dość wyraźnie go przeganiał. Dzięki regularnym wpisom udało mi się dostać na ubiegłoroczne Blog Forum – a to z kolei był początek wielkiej przygody. Mój nowy blog otrzymał wyróżnienie w konkursie „Blog of Gdańsk”. Grałem na murawie PGE Arena – najpiękniejszego stadionu w tej części świata.

Oczywiście wraz z uczestnictwem w BFG przyszedł czas na lans. Tony lansu – poczynając od wywiadu w Gazecie Wyborczej, poprzez udział w konferencji w roli prelegenta, a kończąc na rozpoczęciu współpracy z gazetką zakładową, gdzie opublikowano mój artykuł. A skoro już jesteśmy przy pracy i lansie – moja twarz trafiła na największy w Europie billboard. I do jego prasowej odmiany, czyli na rozkładówkę „Wprost”. Nie ma to jak przebić się do mainstreamu…

A skoro już jesteśmy przy pracy – kolejnym punktem w zeszłorocznych postanowieniach był rozwój zawodowy. Dwa ostatnie egzaminy i rozpoczęcie aplikacji. I tu można mówić o pełnym sukcesie. Udało mi się wreszcie zdać te dwa koszmarki! I rozpocząłem aplikację na biegłego rewidenta… Która to aplikacja zawiodła mnie do Płocka i Białegostoku – w obu miejscach byłem po raz pierwszy. Z tego drugiego wróciłem z zarostem i tak już mi zostało.

Ale wyjazdy na badania w ramach aplikacji miały swoją cenę. Cały urlop w pracy wykorzystałem na… drugą pracę. Gdyby nie niespodzianka rocznicowa oraz Sylwester, pewnie nigdzie bym nie wyjechał (pomijając Płock i Białystok – w oba miejsca wrócę w tym roku). A tak udało mi się zobaczyć Sztokholm i Wyspy Alandzkie. Oraz wygrać w kasynie na statku – jakby hazard na giełdzie mi nie wystarczył (na marginesie – tu udało mi się nieco odrobić zeszłoroczną stratę). Natomiast Nowy Rok witałem w stolicy Tatr. Byłem tam po raz pierwszy i już wiem, że moje wrażenia przeleję na bloga. Takiego czegoś nie można zbyć milczeniem.

 

Zarabianie na giełdzie, o którym już wspomniałem, umieściłem przed rokiem w trzecim postanowieniu, tym o rozwoju osobistym. Niestety, nie uczyłem się języków. Żałuję. Ale za to sporo się ruszałem. Nie tylko pływałem na basenie, nie tylko jeździłem na rowerze – i to nawet codziennie do pracy, blisko 15 km w jedną stronę – ale odkryłem nową dyscyplinę. Bieganie. Wiosną wkręciłem się w gdański parkrun i jakoś tak poszło… Potem przyszła pora na biegi dziesięciokilometrowe i w ten sposób zostałem multimedalistą. Oraz napisano o mnie w gazetce zakładowej. Nie liczyłem, ile przebiegłem w 2012, ale wiem już, że w 2013 przebiegnę więcej. Dużo więcej.

Tak wyglądał rok w porównaniu do założeń. Ze spraw wartych nadmienienia – w minionym roku rozstaliśmy się z obiema świnkami morskimi. Chrupek padł nagle, w ciągu 24 godzin. Sony – miesiąc później poddał się, choć walczyliśmy o niego do końca. Szkoda tych futrzanych kulek, były u nas krótko, ale człowiek się przywiązuje do takich stworów.

To chyba wszystko, co było istotnego. Ze spraw mniej istotnych – do jednego Kindle’a dołączył drugi, a potem jeszcze jeden, inny czytnik. A mój telefon z Androidem znowu wylądował w naprawie, dzięki czemu poznałem uroki gry w węża. Jeżeli za rok telefon znowu się zepsuje (a konkretnie – ekran i gniazdo słuchawkowe), to chyba wymienię go na nowszy model. Nie liczyłem książek przeczytanych w tym roku, niemniej nieustannie zawyżam średnią. Także dzięki „kundelkowi”. Poznałem trzy nowe seriale i uważam, że są rewelacyjne („How I Met Your Mother”, „Breaking Bad” i „Boardwalk Empire”). Obejrzałem nowego Bonda i też uważam, że jest rewelacyjny. W internetach – syn marnotrawny powrócił na „twarzoksiążkę”, spychając mocno w kąt Google +.

A gdy to wszystko tak się wydarzyło, to świat z wrodzonej wrednoty wziął i się nie skończył. Zostawiając mnie z zastanowieniem się, co też będzie się działo w 2013.

Postanowienia? Kiedyś zrobiłem postanowienia noworoczne w kwietniu i to był dobry pomysł. Teraz wiem jedno – przed moimi trzydziestymi urodzinami przebiegnę maraton. To już postanowione. Więc ruchu mi nie zabraknie.

Sprawy zawodowe to przede wszystkim ciąg dalszy aplikacji, ale już bez wiszących mi nad głową egzaminów (to ogromna ulga). Ciekawe, czy z Białegostoku wrócę z dłuższą brodą, czy może z warkoczykami? A skoro już przy pracy jesteśmy, to warto by w 2013 zostać władcą Excela – poruszam się w nim dość dobrze, w 2012 poznałem podstawy VBA, szkoda to zmarnować.

O pisaniu pisał nie będę. Oba blogi będą działać i planuję ponownie trafić z nimi na BFG. Pisanie pozablogowe – tu trudno coś określić. Zacytuję jedynie fragment z bloga (chyba Zen Habits), który niedawno utkwił mi w pamięci. Wanna write a book? Fucking write a book. Chyba sobie to hasło powieszę nad biurkiem.

Przed rokiem życzyłem Wam i sobie, abyśmy się tu spotkali u progu 2013 i zastanowili się, czego niesamowitego będzie można dokonać. Nie wiem, czy w moich powyższych postanowieniach jest coś niesamowitego, ale mam nadzieję, że w Waszych jest. Dlatego życzę Wam, abyście za dwanaście miesięcy mogli z czystym sumieniem wykreślić wszystko ze swojej listy postanowień noworocznych. 

PS: zdjęcia są w losowej kolejności, ale jakoś się wiążą z treścią. Słowo.
  • Oj.. widzę ze nie proznowałeś w 2012 roku a liczba ociągnięć mnie zaskakuje. brawo i oby tak dalej. a drugo blog dodaje, b ostatnio czesto bywam w 3city 🙂

    • No fakt, nie próżnowałem:) Choć jak pisałem podsumowanie, to jakoś nie mogłem sobie przypomnieć nic więcej. No i problemem jest wysoko postawiona poprzeczka – jak nie próżnować w tym roku?:)

  • Dzięki za podsumowanie 🙂 Zwięzłe i na temat. A dodatkowo nadrobiłem w 5 minut zaległości z Twojego bloga 😉

    • Zwięzłe? A ja myślałem, że się rozpisałem…

  • oezu, weź przestań.
    to jak tak sobie popatrzę, to mi wychodzi, że 2012 zupełnie się obijałam.

    zaczęłam pisać pracę magisterską, ale jeszcze jej nie skończyłam.
    w płocku nie byłam, a białystok znam i też lubię.
    też obejrzałam najnowszego bonda. a potem obejrzałam bondy począwszy od goldeneye’a.
    ruszyłam pewien projekt dotyczący trochę astronomii, ale go nie skończyłam.
    trochę mi się urwało bieganie, i ciągle nie mogę się zebrać.
    ciągle sobie obiecuję przynajmniej tygodniowy spływ kajakowy- taki w pojedynkę,
    w zeszłym roku udało mi się kilkudniowy, ale w grupie.
    przeczytałam mniej książek niż w 2011…
    chociaż, odważyłam się w końcu, i przekłułam sobie ucho 😉

    i chyba jakichś oszałamiających sprawności harcerskich w 2012 nie zdobyłam.
    zgaduję, że stanie się bogatszą o kilka gustownych pooperacyjnych blizn się nie liczy 😉

    • Mniej książek niż w 2011 – ale nadal więcej, niż przeciętny Polak od początku tego wieku. Kilkukrotnie więcej. To już coś!

      A Bondy oglądaj od „Dr No”, to dopiero jest fajna transformacja:)

      • nie lubię seana…
        a moore jest dla mnie świętym, nie bondem.
        nie znoszę też daltona. stąd zaczęłam od brosnana.

  • Pingback: Tweetup stadionowy – MrCichy()