Najlepiej nie wpuszczać Polaków do USA

Jak co cztery lata, w przeddzień wyborów w USA, nad Wisłą pada kompletnie absurdalne pytanie: jakiego prezydenta w Waszyngtonie byśmy sobie życzyli? Teraz również usłyszałem to hasło w jednym z mediów, a odpowiedzi to tradycyjny koncert życzeń. I tradycyjnie jeden z polityków (o ile kojarzę, będący w głębokiej opozycji) odpowiedział, że życzyłby sobie prezydenta, który wreszcie zniesie wizy dla Polaków.

statue-of-liberty-267948_1920

Ta wypowiedź, jak i pewne na 100% wytknięcie Obamie przy podsumowaniu pierwszej kadencji kwestii pozostawionych wiz pokazują, że w mediach każdy może się wypowiadać i nie musi dbać o sens.

Jaki jest przyczyna – poza samozadowoleniem – żądania zniesienia wiz do Stanów? Co by się zmieniło, gdyby nagle Rzeczpospolita została objęta takim programem, jak nasi zachodni sąsiedzi? Zapewne wyrównałoby to rachunki krzywd, a ludziom żyłoby się lepiej. A tak na serio? Prawda jest taka, że osoby podróżujące do USA turystycznie dostają wizy turystyczne. Osoby wyjeżdżające tam do pracy – nie mają problemów, bo pomaga im pracodawca. Osoby jadące na stypendia naukowe również bez problemu dostają wizy. Więc o co chodzi? Czy tylko o to, aby było im łatwiej?

Może pora skończyć z oglądaniem się na Wielkiego Brata zza Wielkiej Wody i zastanowić się, dlaczego osoby wyjeżdzające do USA do pracy albo na stypendia muszą tam wyjeżdżać? Bo w Polsce nie ma odpowiednich warunków, nie ma takich miejsc pracy, o ośrodkach naukowych nie wspomnę. Może zamiast błagać o zniesienie wiz, warto postarać się stworzyć takie atrakcyjne warunki u nas? Zaczynając od zachęcania osób wyjeżdżających do USA do powrotu do kraju i przeszczepiania tu tamtejszego modelu – naukowego i biznesowego.

Do tej pory, przez dwadzieścia z hakiem lat demokracji, kojarzę tylko jednego polskiego polityka (niestety, nie pamiętam, który to był), mówiącego wprost – tematu wiz nie poruszę podczas mojej wizyty w USA. Niemniej każdy, kto sprawia wrażenie, jakby mógł załatwić to całe zniesienie wiz, ma w polskiej polityce dodatkowe punkty. A media, przy każdej możliwej okazji (nasza wizyta tam, ich wizyta tu, wybory tam), wałkują temat wiz, jakby od tego coś zależało.

Stany Zjednoczone to w tej chwili jedyne supermocarstwo na naszej planecie. Nie zanosi się, aby szybko przestały tym supermocarstwem być. Nie wydaje się, aby ktoś miał do nich w owej supermocarstwości dołączyć. Na dodatek USA wdrażają (a przynajmniej planują) masę rozwiązań, które mają im tę światową supremację utrzymać przez minimum następne kilkadziesiąt lat. Są to kwestie poruszane na szczeblu federalnym, ale też stanowym. USA rozumieją, że bez patrzenia w przyszłość, mogą się obudzić z wielkim napisem „Made in China” albo podobnym na czole. Dlatego pracują m.in. nad poprawą systemu edukacyjnego, kształcącego więcej inżynierów.

U nas o tym się mówi, ale nic się nie robi. Supermocarstwem nie będziemy, dominującej roli na kontynencie też zapewne nie będziemy mieli. Ale może chociaż będziemy wyraźnym liderem w regionie, sciągającym kapitał – także ludzki? Aby tak się stało, należałoby porzucić jałowe dyskusje o trotylu i aborcji, a skupić się na działaniu. I podpatrywać dobre rozwiązania u innych, a nie tylko zastanawiać się, czy ktoś nas lubi, patrząc przez pryzmat naklejki w paszporcie.

A najlepiej nie wpuszczać nas nigdzie, zatrzymać wszystkich tutaj i postawić przed brakiem alternatywy wyjazdu – może to by coś zmieniło?