“Skyfall” – James Bond returned…

Kiedy upadła Żelazna Kurtyna, 007 przestał być potrzebny. Owszem, tu i ówdzie pojawił się jakiś lokalny kryzys, pogrobowcy komunizmu podnosili łeb, szalony magnat chciał zawładnąć światem – ale to nie było to. Bond w wykonaniu Brosnana starał się usilnie odnaleźć w nowej rzeczywistości za pomocą starych środków, nie dostrzegając kolejnych zmarszczek czy siwych włosów. Sama M nazwała go reliktem zimnej wojny i w ten kostium 007 wpasował się doskonale.

A po nim przyszedł Daniel Craig i wszystko się zmieniło. Koniec z niewidzialnymi samochodami, żegnajcie starsi panowie z żelaza i granitu. Licencję na zabijanie dostał zwykły facet, który się poci, krwawi, odczuwa ból. Który czasem pojawi się w wygniecionym garniturze lub – o zgrozo – bez niego. Który przez dwa filmy zaciągnął do łóżka mniej kobiet, niż Sean Connery w pięć minut – i to zarówno na ekranie, jak i poza nim.

Jednocześnie był to Bond z krwi i kości, bohater na miarę czasów, w jakich przyszło nam żyć. Bond razem z MI6 zaczynali rozumieć, kim jest ich wróg. To globalny terroryzm. To chciwe spiski wielkich korporacji. To mili ludzie w garniturach, którzy w zaciszu pięknych gabinetów rysują na nowo mapę świata. I gdy wydawało się, że tak właśnie będzie wyglądać walka najsłynniejszego agenta Jej Królewskiej Mości w XXI wieku, przyszło olśnienie.

“Skyfall”. Najnowszy odcinek serii. O czym jest ten film? Nie ma sensu streszczać fabuły, bo to jest Bond właśnie. Tu wszystko może się wydarzyć. Zaczynamy w Stambule, gdzie zły pan zabija kilku agentów i kradnie cenne dane. Kiedy wydaje się, że Bond już go dopadnie, pada strzał, 007 spada do wody i… umiera. Trochę jak Connery w “żyje się tylko dwa razy”, a trochę jak Jason Bourne na początku i końcu swojej trylogii (z uporem maniaka będę twierdził, że ekranizacja Ludluma na nowo określiła film sensacyjny, mocno wpłynęła na Bondy z Craigiem – i chwała jej za to). Zanim zdążymy się zastanowić, czego właściwie byliśmy świadkami, porywa nas genialna czołówka – taka w starym stylu. Oraz fantastyczna piosenka w wykonaniu Adele. Też w starym stylu.

A potem to już po kolei – Londyn, Szanghaj, Makao, Londyn, Szkocja. Trochę historii Bonda, trochę zamachów terrorystycznych, trochę utarczek z politykami i zupełnie nowy Q. Oraz dwie nowe postaci, ale o nich nie powiem nic więcej. Wszystko podane w tym krwistym ,brudnym i niedogolonym sosie jak poprzednio. Niemniej od czasu do czasu z ekranu ktoś puszcza do nas oko i mówi “spokojnie, zobacz – to jest stary, dobry Bond, tylko w nowych ciuchach”. Stąd kultowy Aston Martin z “Goldfingera”, stąd klasyczny motyw autorstwa Monty’ego Normana, stąd bezbłędne one-linery jakby żywcem wzięte od Connery’ego albo Moore’a.

Widać, że Bond zaczyna mieć tu dystans do siebie. Nie jest to jednak błazenada w stylu Moore’a, a raczej stare, dobre zawodowstwo Connery’ego. Bond to bezlitosny zabójca, cynik i najlepsze aktywo Wielkiej Brytanii. Cały ten wrzask o to, że Bond będzie biegał w dresie, z zarostem i pił piwo, okazał się zupełnie niepotrzebny. Dość powiedzieć, że bez tego całego szumu medialnego nie zauważyłbym butelki Heinekena. A z czasem Bond się goli, wkłada smoking i wyrusza przed siebie. Pije drink Vesper oraz żałuje marnotrawstwa dobrej whisky. Jak na tajnego agenta przystało, walczy głównie w mroku – i trzeba przyznać, że tutaj noc jest prawdziwie czarna. Bond wraca do korzeni – zarówno dosłownie, jak i w przenośni. I taki powrót raduje serce chyba każdego fana.

Tak jak “Casino Royale” i “Quantum of Solace” tworzyły jedną historię, tak “Skyfall” jest wątkiem pośrednim pomiędzy tym, co było, a tym, co musi nadejść. To wyjaśnienie, dlaczego Bond przedtem zachowywał się tak, jak się zachowywał i jednocześnie obietnica zachowania w przyszłości. Bond poszukiwał siebie, poszukiwał wrogów – a gdy wreszcie zrozumiał, jak się sprawy mają, rzuca się w wir pracy. Po pół wieku istnienia na 007 czeka nowo zdefiniowany wróg. A właściwie – rezygnacja z jakichkolwiek definicji. Wróg Bonda ma wiele twarzy, a przez to nie ma żadnej konkretnej. Może nim być każdy – i najprawdopodobniej będzie. Bo James Bond, tak jak głosi zapowiedź na końcu każdego filmu, powróci. A właściwie – już powrócił i czeka na nowe zadania.

Jeśli podobał Ci się ten tekst, polub mnie na Facebooku!