Sala samobójców

Nie oglądałem tego filmu w kinie i zapewne dlatego nie doświadczyłem go w pełni. Bowiem po seansie sala kinowa z pewnością była pełna samobójców. Sam bym chyba się pociął, gdybym wydał kilkadziesiąt złotych na bilet i popcorn, a potem spędził dwie godziny na tym filmie.

Zacznijmy od najprostszego – od fabuły. Dominik, maturzysta z dobrego i bogatego domu… Nie, stop.

Odkryjmy karty. Dom może i jest bogaty, ale pochrzaniony od fundamentów aż po dach. Matka – napompowana testosteronem kierowniczka w agencji reklamowej. Pomiata pracownikami, praca jest dla niej wartością największą. Ojciec – paranoiczny karierowicz, będący doradcą gospodarczym dla rządu. I ich jedyne dziecko, synek Dominik – odwożony i przywożony przez ochroniarza samochodem, uczęszczający do prywatnej szkoły. Zapatrzony w siebie, oderwany od rzeczywistości dupek z ciemną grzywką zaczesaną na pół twarzy.

Ten pocukrowany obrazek zacznie się rozpadać w momencie, gdy Dominik – pod wpływem głupiej zabawy na studniówce – odkrywa własny homoseksualizm. Zaczynają się szyderstwa kolegów, rodzice nie przyjmują tego faktu do wiadomości (inną sprawą jest fakt, że zakomunikowanie im swojej orientacji przez synka ociera się o obsceniczność). Wszystko to popycha Dominka w ramiona internetowej grupy z dziwnej gry komputerowej.

O co chodzi w grze – dalibóg nie wiem, ale grupa nazywa się „Sala samobójców” (tadaaam!) i zamiast jak normalne no-life’y grabić wioski elfów dyskutują w zamkniętym gronie. Dominik popada w coraz większy obłęd, zamyka się w pokoju, zalicza próbę samobójczą – i dopiero to daje małe otrzeźwienie jego rodzicom. Charyzmatyczna liderka grupy wsiada na psychikę Dominka jak Barbie na kucyka, co w połączeniu z resztą jego problemów pierwszego świata prowadzi do tragedii. Dominik się zabija, co – prawdopodobnie, bo jest to tylko zasugerowane – wyzwala niektórych członków grupy spod toksycznego wpływu liderki. Koniec, napisy. Spoiler alert. Wisicie mi piwo za oszczędzenie Waszego czasu.

Połowa filmu (nie wiem tylko, czy mniejsza, czy większa) toczy się w cyberprzestrzeni. A raczej w tym, jak sobie wyobrażają ją twórcy filmu. Jest więc tajemnicza gra sieciowa, coś w stylu „Second life”, gdzie można dokładnie odwzorować siebie za pomocą awatarów. Można rozmawiać, czasem poruszając ustami, a czasem nie. Można gestykulować, dość dobrze oddana jest tez mimika – nie wiem po co. Można walczyć na miecze.

Ogółem możliwości owej gry wydają się olbrzymie, ale sama rozgrywka wydaje się równie pasjonująca co kibicowanie wyścigom płyt tektonicznych. Jest to dobrze zrealizowane, podobnie jak cały film, ale nie wiem, czy nie lepiej byłoby nie płynąć tak za własnymi wyobrażeniami na temat rozgrywek sieciowych. No cóż, taki produkt dostaliśmy i to ponoć jest fajne. Z pewnością jest nowatorskie.

Mam ambiwalentne odczucia co do tego filmu. Z jednej strony – ciężka i potrzebna tematyka. Depresje nastolatków i ich brak kontaktu z dorosłymi to zawsze nośny temat. Choć mam nadzieję, że współczesna młodzież tak nie wygląda, bo gdyby jednak film w tym względzie pokrywał się z prawdą, to oddałbym dzieciaka na eksperymenty naukowe. Jest wiec problem młodzieży, jest odkrywanie własnej tożsamości, kryzys rodziny i toksyczne związki. Jest nowatorska technika filmowa i dobrze napisane oraz – co ważniejsze – zagrane role. Chłopak grający Dominka gra niezwykle przekonująco – aż ma się ochotę utopić go w wannie, takim jest dupkiem. Ale ja nie kupuję tej historii.

Nie ruszają mnie problemy, z jakimi zmaga się młody, ani sposób, w jaki próbuje je rozwiązać. Pokazuje się mi bowiem obrazek rodziny patologicznej, która miała wielkie możliwości, ale to wszystko zaprzepaściła. Na własne życzenie. Przyjęte dobrowolnie problemy nie wzruszają mnie tak, jak niezawinione. Gdyby Dominik był z jakiegoś biednego domu, z ojcem alkoholikiem, najprawdopodobniej na Śląsku – to mógłby być typowy, polski dobity film. Tak jest nowatorski – tylko że świadomość patologii w tzw. „dobrych domach” to nic nowego.

To nie jest zły film. To jest film, który po prostu mi się nie podoba, ale widzę w nim potencjał. Na początek wyrzuciłbym animacje komputerowe, które budziły taki zachwyt. Dla mnie to były tylko wypełniacze czasu, rozrywające konkretną opowieść. Historia faktycznie jest nietuzinkowa, a jej poprowadzenie nie jest takie złe. Na dodatek w całości umieszczono prawdziwie smakowite epizody, wokół których można zbudować kilka dodatkowych filmów. Żeby nie być gołosłownym poniżej moje przykładowe pomysły.A może wrażenie zepsuła ta cała cybernetyczna otoczka? Moim zdaniem kompletnie niepotrzebna.

Oddalenie Dominika, wpływ grupy rówieśniczej – wszystko to można było pokazać prościej. Nawet umieszczając to w sieci, ale bez takiego irytującego przerysowania. Obserwując cukierkowe awatary jakoś nie dostrzegam tragedii nierozumianego nastolatka. Bardziej wkurza mnie to, że twórcy owej gry mocno postarali się, aby animować gesty i mimikę, ale ruch ust już nie. Choć w następnej scenie już wszystko było OK – pewnie jakiś patch.

· Dramat nastolatka odkrywającego swój homoseksualizm, zmagającego się z nietolerancją otoczenia. Całość może, ale nie musi prowadzić do tragedii. Po prostu bez Internetu, toksycznych rodziców i wkurzającego protagonisty.

· Rodzice próbujący dotrzeć do syna, który zatrzasnął się w pokoju i odmawia wyjścia. Raczej widziałbym to jako komedię, najlepiej francuską.

· Znany polityk, mąż stanu, profesor – ogólnie osoba z towarzystwa – paranoicznie boi się napadu. Ma zabezpieczony dom, nosi ze sobą pistolet, porusza się w towarzystwie ochroniarza. Romans z sekretarką powoli otwiera go na świat. Na sam koniec sekretarka okazuje się być zawodową zabójczynią, likwiduje bohatera i odchodzi (thriller).

· Nierozumiany przez rówieśników nastolatek trafia w sieci na grupę wsparcia, która przekonuje go o jego wyjątkowości, wręcz o byciu nadczłowiekiem. Chłopak przychodzi do szkoły z bronią i robi masakrę (dramat obyczajowy).

Na upartego zamiast „Sali samobójców” moglibyśmy otrzymać jakieś poważniejsze, młodzieżowe „You’ve got mail” ery YouTube i Facebooka. Tak bym to widział. A że twórcy postanowili pójść inną drogą? Patrząc na frekwencję w kinach i zdobyte nagrody, pewnie się opłaciło. Tylko że ja tego nie kupuję. Nadal czekam na polski film, który mnie porwie. Polecicie coś?

  • hmmm…
    mnie sala samobójców też się nie spodobała, nie wiem w czym było takie wielkie halo.
    film miałby ( u mnie) więcej plusów bez tych wszystkich anime.
    ale scena- na oddziale psychiatrycznym- naprawdę dobra.

    hm, żartują ze mnie, że oglądam polskie filmy za karę.
    bo naprawdę chciałabym obejrzeć w końcu coś naszego, coś, co byłoby dobre.
    listy do m- były sympatyczne, ale nie oszukujmy się – nie jest to film niewiadomo jakich lotów. po prostu miły czasopożeracz na jeden wieczór.
    – taką rozreklamowaną bitwę warszawską należy omijać szerokim łukiem.

    ze starszych filmów- na pewno- plac zbawiciela.

    bo np. nie odgadnę co twórcy „wojny żeńsko-męskiej”, „randki w ciemno”, czy „miliona dolarów” mieli na myśli. podobnie

    chyba całkiem niezłe są „drzazgi”
    „huśtawka” pozostawia zbyt wiele do życzenia.
    „matka teresa od kotów” jest dobra.
    „wymyk” aspiruje, ale nie za bardzo wiem do czego.
    „skrzydlate świnie” są fajne, choć ja mam zastrzeżenia do samego zakończenia.

    • Z tego, co pamiętam, to „Jesteś bogiem” Ci się podobał. Podobno „Obława” jest świetna, choć tak tylko mówią. Od siebie dorzucę „Stawkę większą niż śmierć”, bo to rewelacyjne kino, a papież za Brunnera powinien jakiegoś małego Oscara dostać. Niemniej – ja też czekam na coś dobrego i polskiego. Niekoniecznie z dużym budżetem, ważny jest taki pomysł, aby kapcie z nóg spały. I nie, to nie ma być dobity film. Czekam na kryminał, czarną komedię, thriller.

      • ale tobie „jesteś bogiem” się nie spodobał, poza tym wpis niżej była recenzja, i już rozmawialiśmy na ten temat.
        przejrzę listę obejrzanych polskich filmów w wolnej chwili, i spróbuję coś polecić.
        pamiętam, że jasminum mi się nie podobało.
        dobry był – dom zły.
        i baardzo długo bawił mnie vinci.

        • Nie trafiła do mnie historia z „Jesteś bogiem”, ale doceniam film od strony realizacyjnej. „Dom zły” – tak samo dobry, ale zbyt zakręcony jak dla mnie. Brakowało mi tam czegoś. A „Vinci” to przecież Machulski, a więc poza klasyfikacją. Ten facet po prostu umie robić filmy – i już.

  • Sala Samobójców jest Zajebista!

    • Technicznie – tak. Fabularnie – niekoniecznie.