Amber Gold – nie dla idiotów

W moim domu Lotto zawsze nazywano „podatkiem od złudzeń” (co nie zmienia faktu, że co jakiś czas w przypływie szaleństwa ten podatek opłacam). Niemniej czytając historie niektórych klientów Amber Gold dochodzę do wniosku, że dla niektórych skreślenie sześciu liczb i wyrzucenie 3 zł to za mało wrażeń.

Od kilku tygodni wokół spółki Amber Gold (działającej legalnie od trzech lat) jest spory szum medialny. Od paru dni ten szum przeradza się w huk. Media straszą widmem niewypłacalności, jednocześnie sugerując, że całość jest jedynie piramidą finansową. Uwielbiam takie ferowanie wyroków w zastępstwie sądu – zwłaszcza, że robi się to niezwykle subtelnie. A to jakiś czas temu, przy artykule o sponsoringu AG pojawiło się stwierdzenie, że spółka szasta pieniędzmi jak za czasów Bagsika i Gąsiorowskiego. A to w tym tygodniu niezawodny Jarosław „Nie znam się, to się wypowiem” Kuźniar, informację o 20% opłacie za przedterminowe zerwanie lokaty w AG zakończył słowami (cytat z pamięci): „trochę pieniędzy zostanie gdzieś, na koncie pana prezesa”.

Nagonka medialna trwa, a dziennikarze zdają się nie dostrzegać pewnego paradoksu. Im bardziej realizują misję społeczną ostrzegania przed rzekomym oszustem (cholera wie, czemu akurat przed tym), tym większa jest panika wśród ludzi. A im więcej spanikowanych obywateli ruszy na oddziały AG, celem zerwania lokat, tym większe ryzyko niewypłacalności spółki (płynność – trudne słowo). Dodatkowo, gdyby AG upadło, to choćby było piramidą finansową, prezes zawsze może zastosować uderzenie wyprzedzające i powiedzieć, że to media załatwiły mu spółkę. Co już sugeruje między wierszami, a także mówi wprost o swoim drugim dziecku biznesowym, liniach OLT.

Ale nie o kondycji polskiego dziennikarstwa chcę tu pisać, bo nie ma o czym.

Gdy Amber Gold pojawiło się na naszym rynku, spojrzałem na ich ofertę chciwym okiem. Ale mam taki nawyk, aby sprawdzić to, w co chcę władować jakąkolwiek kasę. W przypadku AG wystarczyło kilka punktów, abym odrzucił ich propozycję pomnożenia majątku.

· To nie jest bank (OK, to jeszcze nie tragedia, ale oznacza, że trzeba szukać dalej).

· Forma prawna – spółka z ograniczoną odpowiedzialnością (ta nazwa nie wzięła się z powietrza, wprawdzie firma musi jakoś działać, ale „zoologii” dziś można założyć za 5 tysięcy, co do zasady brak obowiązku badania sprawozdań finansowych – wystawiam na widok niezapaloną lampkę ostrzegawczą).

· Brak nadzoru Komisji Nadzoru Finansowego (żółta lampka, ale w sumie – nie mają obowiązku).

· Gwarantowany zysk z inwestowania w złoto (druga żółta lampka, cena kruszcu się waha, więc jak zysk może przerodzić się w stratę, to…no cóż, może to jakaś mocna gwarancja).

· Brak gwarancji Bankowego Funduszu Gwarancyjnego (duża, migająca, czerwona lampa, syrena alarmowa, pociągnięcie za rączkę, odrzucenie włazu wyjściowego i ewakuacja).

Czy to takie trudne? Czy trzeba skończyć studia wyższe z zakresu ekonomii, aby wiedzieć, co to jest KNF czy BFG oraz czym się różni bank od parabanku? Wystarczy nieco poczytać, poszukać w necie, spytać osoby o większej wiedzy…

Ale po co? Polak i bez tego zna się na wszystkim! Medycyna – konwencjonalna i naturalna, wedle życzenia. Przy takich ilościach pożeranych w naszym kraju tabletek, LEP można zdać tylko dzięki ulotkom i konsultacjom z lekarzem lub farmaceutą. Inna sprawa, że ulotek nikt nie czyta, bo wystarczy oglądać „House’a” albo „Na dobre i na złe”. Sport? Piłka kopana, skoki narciarskie, sporty walki, siatkówka oraz każda niszowa dyscyplina, w której naszym uda się wejść na jakiś turniej (pomijając cybersporty, bo to przecież dla dzieci) nie mają przed nami żadnych tajemnic. Ba! Sami lepiej byśmy wytrenowali tych patałachów, a może nawet zastąpili ich podczas zmagań. Katastrofy lotnicze? Rozpracowane równie dobrze jak kwestie związków partnerskich, laickości państwa czy urazów u małych dzieci w zetknięciu gościnnymi progami Sosnowca. Polityka? Pffff… Przecież aż 40% z nas co jakiś czas fatyguje się do urn, więc poziom eksperta osiągnęliśmy dawno. I w meandrach polityki krajowej, społecznej, międzynarodowej czy gospodarczej poruszamy się, jak po sznurku (najlepszym dowodem są polityczni komentatorzy w mediach, w osobach Hołdysa czy Kukiza). Na ekonomii i podatkach się znamy, więc inwestowanie to bułka z masłem.

Więc gdy AG rzuci testowo hasło „dajemy kupę siana za darmo, dajcie nam swoją kasę”, w oczach przeciętnego eksperta od wszystkiego pojawiają się znaczki dolara, niczym u kaczora Donalda. Wygrzebuje więc z kredensu (bo tam bezpieczniej, niż w banku) kilkanaście tysięcy, odłożone z głodowej emerytury, albo wypłaca z konta, na które spływa pensja od koncernu i pędzi do najbliższej placówki AG. Ka – ching! Teraz to już pieniądze będą płynąć wartkim strumieniem, system rozwalony, bogactwo na horyzoncie.

A potem rozsierdzony tłumek, tłoczący się u drzwi Amber Gold, może spokojnie ponarzekać panu redaktoru. Że oszczędności całego życia popłynęły. Że przecież mamy te wszystkie nadzory, to one powinny coś zrobić. Że to wina Tuska. Że trzeba było jednak wziąć widły i pochodnie. A tak w ogóle to Amber Gold jest skrótem od nazwisk prawdziwych właścicieli – Ambersteina i Goldberga. Bezradność można dostrzec w każdym geście tych ludzi, ich ręce wyciągają się w stronę opiekuńczej dłoni kogoś dorosłego, na dnie oczu widać rozpaczliwy krzyk „Pomyśl za mnie!”.

Chyba pora skończyć akcję „Cała Polska czyta dzieciom” – niech ktoś wreszcie zacznie czytać dorosłym. Coś innego niż horoskop w programie TV.