Podsumowanie wielotygodniowe

Trochę mi się przestało blogować. Najpierw czynniki zewnętrzne odsunęły kolejne podsumowanie tygodnia, następnie pędzący czas sugerował podsumowanie dwutygodniowe, a na koniec obudziłem się z niesamowicie długim okresem milczenia.

Pora to zmienić.

Na szczęście w okresie, w którym milczałem, nie było aż tak wiele do komentowania. W sumie istotne były tylko dwie wiadomości. Po pierwsze – CERN, który miał sprowadzić na nas wszystkich zagładę, coś odkrył. Prawdopodobnie (tj. z dużym prawdopodobieństwem, ale bez pewności) jest to cząstka Higgsa, zwana tez boską cząstką. Nazwa nieco myląca, bo odkryta cząstka nie ześle kamiennych tablic ani plag na Egipt. Ale jest medialna, więc się przyjęła.

Drugą niezwykle ważną informacją, jaka ominęła podsumowania tygodnia, jest prosty fakt, że komputer nauczył się dostrzegać koty. Potężna maszyna, składająca się z 16 tysięcy procesorów, przeanalizowała olbrzymie ilości materiału na YouTube, po czym… nauczyła się dostrzegać na filmach kota Nikt jej nie zadał tego zadania, nikt nie informował jej, jak kot wygląda. Sama z siebie, bazując jedynie na obrazie i opisach filmów, doszła do wniosku, że istnieje coś takiego, jak kot oraz kot, jaki jest, każdy widzi. Jeśli to początek Skynetu, to wszystkie persy i dachowce mają problem.

To są – moim zdaniem – najistotniejsze wiadomości w minionym czasie. O całej reszcie chyba nie warto pisać. Bo co też składa się na ową resztę?

Hiszpanie zdobyli mistrzostwo Europy. Brawa dla nich, ale szkoda, że udało im się tego dokonać tak szybko. Może gdyby potrzebowali do zwycięstwa więcej czasu, mistrzostwa trwałyby u nas dłużej. I dłużej byłoby tak przyjemnie, kolorowo i bez polityki…

Gdzieś w Polsce postawiono betonowego tupolewa. Widać po gipsowych krasnalkach i koślawych papieżach przyszła pora na tworzenie takich rzeźb. Rozumiem, że są osoby mające potrzebę upamiętnienia ofiar katastrofy smoleńskiej. Rozumiem, że mogą chcieć stawiać im pomniki. Zrozumiem nawet, że te pomniki muszą mieć kształt samolotu, bo subtelność i metafora to przereklamowane pojęcia. Ale niech to chociaż będzie gustowne. Tymczasem nasza betonowa tutka to jakaś karykatura, samolot wyglądający jak w bajce, z doklejonymi w oknach twarzami wybranych ofiar. Trudno ogarnąć, jeszcze trudniej wytłumaczyć.

Tymczasem do miana wiadomości miesiąca, a może nawet roku, urósł kretyński żart autorstwa Wojewódzkiego i tego drugiego pajaca. Siły postępu i ciemnogrodu przemieszały się na takie dictum, dzieląc się na twierdzących „świetny kawał, cóż za wyśmienita parodia, love Kuba” oraz sapiących z oburzeniem, że tak nie można, bo wspólne mistrzostwa, bo partnerzy, bo kobiety, bo sprzątaczki, bo relacje międzynarodowe…

I tylko mała garstka feministek (widać dobry Bóg dla każdego przewidział jakieś zadanie) powiedziała wprost – żarty o gwałcie nie są fajne. Chamstwo chamstwem, Wojewódzki i ten drugi pajac byli chamscy dowalając Kaczyńskiemu (jednemu i drugiemu, potem byli dodatkowo nudni), byli chamscy wrzucając na Alvina Gajdahura, byli też chamscy rzucając kawałami o Ukrainkach. Ale rasizm i przemoc nie są zabawne – wbrew temu, co sami winowajcy twierdzą, zasłaniając się mityczną konwencją, niezrozumieniem, kompleksami w społeczeństwie i tym, że zawsze im było bliżej do Gombrowicza i Mrożka. Pytanie tylko, czy Gombrowiczowi i Mrożkowi było bliżej do nich. Oczywiście, po fakcie można dorabiać ideologię, ale – jak mawiał klasyk – nie nazywajmy szamba perfumerią.

Tu też uwaga do tych wszystkich zatroskanych obrońców wolności słowa, do tych Kuźniarów, Hartmanów i innych – zawsze myślałem, że granicami mojej wolności jest wolność innych. Żarty z gwałtu są stanowczo poza granicami – podobnie jak rasizm. Można, zasłaniając się wolnością słowa, wrzucać obornik do języka publicznego, ale nie dziwcie się potem, że „język debaty publicznej się brutalizuje”. Dziś pożartujemy sobie o KKK i gwałcie, to może jutro rzucimy żartem o Żydzie nad popielniczką albo spytamy, co jest śmieszniejsze do martwego płodu. Bo to przecież taki Gombrowiczowski humor.

Natomiast przezabawna jest reakcja panów błaznów. O ile ten drugi pajac położył uszy po sobie i się nei wychyla, o tyle Wojewódzki robi z siebie męczennika. Najpierw obarczył winą za swoje nieszczęścia mityczną polską zawiść. W między czasie dorabiał ideologię do kretyńskiego kawału. Obecnie przeszedł na strategię „a u was murzynów biją” i zasugerował dowalenie redaktorom Pudelka czy innego Cziłały. Doprawdy, jest to komizm najprostszy, ale zarazem najzabawniejszy. Facet sam narobił pod swoje nogi, pośliznął się, a teraz nie może wstać…

A wystarczyłoby zwykłe, męskie „sorry, trochę nas poniosło”.

Jeśli podobał Ci się ten tekst, polub mnie na Facebooku!