Podsumowanie tygodnia IV – a więc wojna!

No to się porobiło… Miniony tydzień na całym świecie upłynął pod znakiem Marsa (Aresa – dla wierzących w Grecję). Na naszym podwórku jako casus belli potraktowano wiadomą katastrofę lotniczą. Dla niezorientowanych – w minionym tygodniu hucznie świętowaliśmy drugą rocznicę pochówku wawelskiego. Wszelkiej maści rocznice najlepiej świętować poprzez manifestacje, więc w Krakowie spędzono aż dwie. Jedna – to była ta reprezentująca enklawę wolności. Zniewolone umysły i dusze nijak nie chcą się wybrać na emigrację wewnętrzną, tylko wyszarpują dla siebie wolność pazurami. Od czego to jest wolność – tego niestety nie wiem. Równie ciekawa była druga manifestacja – grupka osób domagająca się przeniesienia prezydenckiej pary z Krakowa do Warszawy. Dziw bierze, że nie stali ze szpadlami w dłoniach.

Powyższe przypadki kliniczne potraktujmy jednak jako folklor i przenieśmy uwagę na to, co jest sednem wpisu. Otóż świętując drugą rocznicę sami-wiecie-czego, pewien poseł dodał dwa do dwóch i wyszło mu, że ruski zamach na nasz samolot to było właśnie wypowiedzenie wojny. Aha! Tu Was zaskoczyłem – od dwóch lat jesteśmy w stanie wojny z największym krajem świata. Dziw bierze, że w zaistniałej sytuacji nikt nie grzmi znad krypty wawelskiej “a ty się nie zrywasz, szabli nie chwytasz” – cytat jak znalazł, nieprawdaż? Być może tego typu popisy oratorskie hamuje sam brat swego zmarłego brata, który stanowczo stwierdził, że on akurat wojny z Rosją nie planuje. Po czym figlarnie dodał “ale…” i stwierdził, że będzie walczyć o prawdę. No to czym będzie walczyć, jeśli nie ogniem i mieczem?

Strona przeciwna postanowiła, że nie może być gorsza i wypowiedziała własną wojnę. Ustami ministra Sikorskiego strzeliliśmy zbiorowego focha Szwajcarom, którzy nas rzekomo dyskryminują. Tylko czekać, aż ktoś się w tej całej Szwajcarii zorientuje, uzna to za wypowiedzenie wojny i napuści na nas fioletowe krowy. A my zapewne nie będziemy mogli się obronić, bo akurat będziemy bronić Litwy, ojczyzny naszej, co jest jak zdrowie. Będzie to wprawdzie nieco utrudnione zadanie, bo Litwini nie chcą płacić za ochronę, ale kto się przejmuje takimi drobiazgami. Swoją drogą – umiejętność Litwinów do grania nam na nosie zaczyna mieć znamiona  narodowego hobby.

W zaistniałej sytuacji nie dziwi fakt, że naszych granic strzegą terminatory. Może nie wyglądają jeszcze jak pewien były gubernator Kalifornii, ale budzą respekt. Niestety, cóż nam po naziemnych robotach, skoro zagłada może przyjść z góry? I nie mam tu na myśli Dies irae, ale prawdziwą rakietę. W minionym tygodniu Indie postanowiły przetestować swoje zdolności balistyczne i – w odróżnieniu od niedawnych fajerwerków koreańskich – udało im się. Mogą zaatakować nawet Pekin. Co na nikim nie robi wrażenia, bo wiadomo nie od dziś, że w takim wypadku Chiny zaatakowałyby w identyczny sposób Indie. Całe. Jednocześnie.

Zuchy z tych Hindusów, bez dwóch zdań. U nas w podobnej materii posucha, bo za Wunderwaffe uznawany jest jeden kardynał. A i to tylko przy założeniu, że walczy w jednej, konkretnej sprawie. Jeśli kard. Nyczowi uda się wyszarpnąć z podatków więcej, niż grozi rząd, to gdzieś będzie trzeba poszukać oszczędności. Zapewne w obronności, bo taki już nasz pech. W tej sytuacji chciałoby się zapobiegawczo opuścić ukochany kraj, umiłowany kraj. Nie jest to nawet szczególnie trudne, bo teraz można kupić bilet na pociąg przez internet i nie trzeba go drukować. Cóż z tego, skoro w samej stolicy jest problem z pociągami. Na lotnisko. Tuż przed Mistrzostwami. Ale dadzą radę. Wyjścia innego nie mają. Obiecali… A świat coraz bardziej pogrąża się w wojennym zamieszaniu. Niektórzy wracają do starych, dobrych zwyczajów i palą obrazy. Ale to podobno jednorazowe wydarzenie.

Wydarzeniem tygodnia był też proces w Norwegii, ale nijak nie wpisuje mi się on w wojenną wymowę tego wpisu. Ciekawi mnie tylko pogarda tych i owych, którzy Breivikowi nie podaliby nawet nogi. Widać sąd sądem, a sprawiedliwość i elementarne zachowania ludzkie…

W życiu najgorsze jest to, że nie ma ścieżki dźwiękowej, a na wojnie piosenka to podstawa. U nas znalazłby się chętny do jej skomponowania. Znacie być może takiego kompozytora jak Krzesimir Dębski? Jego syn, Radomir, odniósł niewielki (albo wielki, nie znam się) sukces na arenie międzynarodowej, o czym nie omieszkały poinformować wszystkie chyba media. Ojciec ładnie pisze do filmów batalistycznych, to może syn napisałby do rzeczywistości? Choć zapewne w ramach cięć wydatków na obronność, nie będzie nas stać na żaden piękny hymn. Dodatkowo lud przechowuje pieniądze w skarpecie – i to te najcenniejsze monety w skali kraju. Osobiście jestem za tym, aby wszystko, do pięciogroszówki włącznie, przeniosło się na karty historii.

Nie samym Radomirem Dębskim człowiek żyje. W minionym tygodniu życie przyniosło zmiany jeszcze jednemu dziecku znanej osoby. Syn premiera zmienił pracę. Ponoć na lepszą, czego nam wszystkim można zawsze życzyć.

Zdjęcia: materiały własne, Wikimedia.

  • taktyczny

    Świadomie czy nie, użyłeś w tytule słów, które zrobiły na mnie wielkie wrażenie, kiedy je pierwszy raz usłyszałem odtwarzane na jakiejś szkolnej akademii czy może w filmie. To początek przemówienia prezydenta Warszawy Szarzyńskiego po zbombardowaniu miasta 1 września roku pamiętnego. Może jednak powinien powiedzieć „A więc jakieś nieporozumienie” i wszystko potoczyłoby się inaczej…?

    • Słów użyłem w pełni świadomie – to są słowa powszechnie znane (mam nadzieję). Pobieżne przejrzenie sieci pokazuje mi, że tymi słowami wiele osób skomentowało wypowiedź Antoniego. Bo to się jakoś tak samo nasuwa – to jego histeryczne wręcz podejście do tematu, te wszystkie teorie, że gdyby ktoś w to wszystko uwierzył, to musi się poczuć jak latem 1939.

      Mój prywatny strzał – Jarosław wcale nie wierzy, że to był zamach. Tak tylko gada.