Trzy rzeczy (nie) do zobaczenia przed śmiercią

Zawsze wyraźnie odróżniałem marzenia od planów. Marzenia to wszelkie moje zamiary, które chciałbym zrealizować – ale nie mam po temu sił, środków albo po prostu możliwości. Plany – to te z marzeń, które weszły w fazę realizacji. Nawet rozpisanie sobie tylko listy działań sprawia, że dany zamiar przesuwam z pozycji „marzenie” na listę „planów”. Przykładowo – chęć zastania człowiekiem zamożnym przestała być marzeniem w chwili, gdy zacząłem szukać sposobów na wzbogacenie się: nawet czytając książki o inwestowaniu czy wymyślając złote pomysły biznesowe. Wprawdzie nadal nie wyszedłem poza fazę planowania, ale marzeniem już tego nie nazywam. Mam plan.

Są jednak takie pragnienia, które teoretycznie mogłyby stać się planami. Wszystko, co mnie od nich dzieli, to kilka jak najbardziej prawdopodobnych wydarzeń. Niemniej rzeczywistość pokazuje, że najprawdopodobniej do mojej śmierci te pragnienia nie wyjdą ze strefy marzeń. I tak jak rożnej maści media tworzą listy rzeczy do zrobienia przed śmiercią (skoczyć na spadochronie, zobaczyć własne DNA, przejrzeć się w oczach swojego dziecka), tak ja dziś prezentuję krótką listę rzeczy, których przed opuszczeniem tego najlepszego ze światów raczej nie zobaczę. A są to takie atrakcje jak…

Wybuch bomby atomowej

Tak, wiem, nieco perwersyjne. Zapewniam Was jednak, że nie marzy mi się oglądanie atomowego grzyba nad żadną z ludzkich siedzib. W dawnych czasach, kiedy po dwóch stronach żelaznej kurtyny duzi chłopcy rozpoczęli freudowski wyścig „kto zrobi większą bombę” na poligonach obu półkul co jakiś czas rozbłyskało oślepiające światło. Zobaczcie tylko tę animację.

Zwracam uwagę na przymiotnik „oślepiające” – dlatego pragnienia zobaczenia takiej eksplozji nie należy rozumieć dosłownie! Przyznajcie, że jest coś pociągającego w niszczącej sile, stworzonej rękami człowieka. Najpotężniejsza energia, jaką można wyzwolić – wszystko to dzięki potędze ludzkiego umysłu. Bez dwóch zdań jest to też bardzo widowiskowy wybuch – wpierw błysk, potem rosnący grzyb. I jeszcze ten podmuch…

Obecnie kilka krajów przyznaje się do posiadania broni jądrowej. Pomijając szalony reżim Korei Północnej wszystkie one rozumieją, że odpalenie atomówki to gra bez wygranych. Ale rodzina Kimów też zdaje sobie sprawę, że nie są w stanie realnie zagrozić swoim arsenałem. Dlatego – na szczęście – wojny jądrowej nie będzie. A wybuchów próbnych się już nie przeprowadza – bo promieniowanie, bo środowisko. Korea zapewne coś odpali, ale pod ziemią. Dlatego pobyt w wykopie z okularami ochronnymi może pozostać wyłącznie w sferze marzeń.

Wschód Słońca nad Ziemią, widoczny z Księżyca

Lądowanie na Księżycu. Już nie niszczycielska moc, ale również tryumf ludzkiego rozumu. Zdumiewający tym bardziej, że udało się to uzyskać w latach sześćdziesiątych XX wieku, kiedy najpotężniejsze komputery miały moc obliczeniową dzisiejszych smartfonów. Od tamtej pory nie dotarliśmy w żadne dalsze miejsce.

Po księżycu (albo po udającym go studiu filmowym) spacerowało w sumie 12 Amerykanów. Mieli oni możliwość obserwowania wschodu Słońca z Księżyca. Co więcej, możliwe jest obserwowanie tarczy słonecznej wyłaniającej się spoza widocznej z Księżyca Ziemi. Moim zdaniem to jeden z najbardziej niesamowitych widoków, jakie można sobie wyobrazić – a oni to oglądali! Oto nie tylko widać naszą planetę z takiego dystansu, stojąc na jej satelicie, zazwyczaj oglądanym „z dołu”. Zza Ziemi wyłania się Słonce i zalewa księżycowy krajobraz swoim blaskiem.

Jak już wspominałem, od czasu amerykańskich lotów na Księżyc ludziom nie udało się dotrzeć dalej – ale nie udało im się tam jeszcze wrócić. Misje bezzałogowe już dawno temu opuściły Układ Słoneczny, ale ludzka stopa nadal tkwi na Błękitnej Planecie. Oczywiście są plany powrotu na Srebrny Glob, jako na trampolinę do podróży międzyplanetarnych – pomysły takie są zarówno za Wielką Woda, jak i w Państwie Środka. Ale patrząc na szalejący kryzys i cięcia programów kosmicznych, perspektywa powrotu jest raczej odległa. A zanim odwiedzenie Księżyca będzie możliwe dla zwykłego człowieka… Wpierw załogowe misje wojskowe, następnie budowanie infrastruktury turystycznej, uwolnienie rynku, spadek cen – samo dożycie tego momentu będzie wyczynem. Dlatego jestem realistą i nie liczę, że uda mi się kiedyś zobaczyć cokolwiek, stojąc na powierzchni naszego jedynego satelity naturalnego.

Koncert Led Zeppelin

Koniec lat sześćdziesiątych to nie tylko lądowanie na Księżycu. To także zmiany tu, na dole. Rewolucja seksualna, nowa muzyka, nowe filozofie. A w tym wszystkim czterech młodych Anglików, którzy postanowili założyć zespół. I to wbrew przepowiedniom innych, że taki projekt nie ma szans powodzenia, a cała grupa pójdzie na dno jak ołowiany sterowiec (stąd nazwa zespołu). Ci panowie nazywali się Plant, Jones, Bohnam i Page.

W 1969 wydali Led Zeppelin wydali swoją pierwszą płytę i odmienili oblicze muzyki. Skrzyżowanie bluesa z rockiem to był strzał w dziesiątkę. Do dziś Led Zeppelin ma tłumy fanów na całym świecie, a ich flagowy utwór, „Stairway to Heaven”, grany jest chyba w prawie każdej stacji radiowej. Sami muzycy wiedzą, jak cennym dobrem jest ten kawałek, dlatego nigdy nie sprzedali go do reklamy – pomimo bardzo lukratywnych ofert. I nawet dziś, wiele lat po rozpadzie kapeli, ta rockowa ballada przynosi jej twórcom sporo pieniędzy.

Patrząc obiektywnie i subiektywnie, to jest najbardziej prawdopodobne z wymienionych tu zdarzeń. Przynajmniej w teorii. Ale jak wiemy teoria sobie a praktyka sobie. W rzeczywistości – zobaczenie na żywo grających Led Zeppelin jest równie nierealne jak spacerowanie na Księżycu. I to z kilku powodów.

Po pierwsze, jak już wspomniałem, zespół się rozpadł. Oczywiście, panowie grają sobie tu i tam indywidualnie, ale to nie to samo. Dlaczego nie można liczyć na reaktywację? Tu nadchodzi „po drugie” – John Bonham nie żyje od 1980. To przekreśla możliwość zobaczenia kapeli w oryginalnym składzie po tej stronie Styksu. Niemniej – kapela zagrała od czasu swojego rozpadu kilka razy: na Live Aid czy na londyńskim koncercie w 2007 roku. Zmarłego perkusistę zastąpił wtedy godnie jego syn. Zanim jednak w wasze serca wstąpi radość, policzcie. Zespół zakończył wspólne granie w 1980. Potem zagrali w 1985 i 2007. Czyli następny koncert wypadałby około 2030. W tym roku Plant skończy 82 lat, Page – 86, a Jones będzie miał 84 lat. Życzę im jak najlepiej, ale ich kokaina i wódka, najlepsze konserwanty w świecie rocka, nie zamieniły w mumię starej Indianki, tak jak Keitha Richardsa.

Niestety.

A Wy? Czy macie jakieś marzenia, o których wiecie, że raczej nie uda się ich zrealizować, choć w teorii są realne? A może macie jakąś listę spaw koniecznie do załatwienia przed zgonem? Podzielcie się tym w komentarzach.

Zdjęcie bomby atomowej: Federal Government of the United States, National Nuclear Security Administration / Nevada Site Office Photo Library, under number XX-14