Hans Kloss – dziś już takich nie robią?

Pogłosek o stworzeniu kinowej wersji “Stawki większej niż życie” było chyba więcej, niż plotek o kinowej wersji “Drużyny A”. Ale skoro na srebrnym ekranie zagościły przygody czwórki najemników, skazanych za przestępstwo, którego nie popełnili, to i na naszego (czy faktycznie naszego?) najlepszego agenta musiał przyjść czas.

Przyznam szczerze, że gdy pierwszy raz usłyszałem, że powstaje kinowa wersja przygód Klossa, zaniepokoiłem się. Po pierwsze – ktoś porwał się na obiekt kultu, legendę, serial, który znają wszyscy. Po drugie – telewizyjna “Stawka…” to, moim zdaniem, najlepiej zrobiony polski film (za chwilę o tym, dlaczego tak uważam). Po trzecie wreszcie – wiadomo, czego można się spodziewać po polskim filmie. No i jeszcze standardowy zestaw aktorów – Kot z papieżem. Czy można się liczyć na czegoś dobrego?

Tym większa radość z faktu, że kinowy “Hans Kloss” to rewelacyjne kino, na które można wybrać się bez żadnych obaw! Sam nie wiem, od której pochwały zacząć, więc może po kolei – najpierw fabuła.

Są lata 70. ubiegłego wieku, w Hiszpanii odbywa się pogrzeb nazistowskiego komandosa, Otto Skorzennego. Na ceremonię zjeżdżają się dawni Kameraden, bezpieczni w kraju rządzonym przez generała Franco. Kaplicę odwiedza też pewien starszy pan w mundurze porucznika Abwehry, przedstawiający się jako Hans Kloss. Niestety – na uroczystości przybył także z Argentyny oficer SD, Sturbannfuhrer Hermann Brunner, który jeszcze w czasie wojny odkrył prawdziwą tożsamość Klossa. Porucznik zostaje zatrzymany i poddany przesłuchaniu, a następnie… A następnie opowieść przenosi się do oblężonego w 1945 Koenigsberga, Warszawy w 1975 oraz jeszcze w kilka miejsc. Na horyzoncie pojawia się Bursztynowa Komnata, a sam J-23 przedstawia kilka dodatkowych faktów ze swojego życia, które mają udowodnić, że jednak był naszym człowiekiem, a nie NKWD. Cóż, być może w filmie i na końcu serialu Janek był polskim agentem, ale pierwszy odcinek serii raczej nie pozostawiał wątpliwości, kto za tym szpiegiem stoi…

Odłóżmy na bok rozważania lustracyjne. Napisałem, że serialowe przygody Klossa to najlepszy polski film (albo przynajmniej jeden z najlepszych). Pomimo, że znam większość odcinków bardzo dobrze – mam je nawet wszystkie na płytach – to zawsze, gdy widzę ten serial na którymkolwiek kanale, nie potrafię się oderwać. Tam każda scena jest tak przedstawiona, że napięcie wylewa się z ekranu. Muzyka znakomicie współgra z historią. Postacie są wyraziste i przepięknie zagrane. No i te dialogi! Jak na tym tle wypada film? Nieco gorzej. Moim zdaniem początek retrospekcji był nieco (ale tylko nieco) za wolny. I czasami miałem wrażenie, że zdjęcia wychodzą przed snutą opowieść. Ale sam scenariusz – bardzo dobry. I pomimo kilku (co policzenia na palcach jednej ręki drwala) momentów, gdy można było spokojnie mrugać, przez cały film nie odrywałem oczu od ekranu, a ręka bezwiednie kursowała pomiędzy kubełkiem z popcornem a ustami.

To jest po prostu bardzo dobry film sensacyjny. Nie wojenny (oryginalna “Stawka…” też z serialem wojennym nie miała wiele wspólnego). Akcja pędzi w zawrotnym tempie, zdarzają się nagłe zwroty akcji, do końca nie wiadomo, co się zdarzy – tak się kręci filmy! Postacie są wyraziste, choć sam Kloss nieco odbiega od serialowego wizerunku. Tam był grzecznym, chłodnym zawodowcem. Tu – to tylko moje wrażenie – zdaje się puszczać czasem oko do widza, że niby ta wojna jest, ale on tu nad wszystkim czuwa, bo jest taki super, że co to nie on.

Ale to akurat może być cecha charakterystyczna aktora. Grający Klossa w scenach retrospekcji Tomasz Kot miał ciężkie zadanie. Musiał zmierzyć się z legendą. Ciekawy byłem, czy udźwignie to zadanie. Kot postanowił nie odtwarzać tego, co było w serialu, natomiast nieco zmodyfikował tę postać. Dla umysłów ścisłych, które lubią tylko to, co już znają, może być to pewien dyskomfort. Ale ogólnie to zagranie Klossa od nowa powinno się podobać. Co innego Brunner. Grający go Piotr Adamczyk powinien dostać jakąś nagrodę. Tak świetnie podrobił oryginał – w gestach, sposobie mówienia, głosie – że miało się wrażenie oglądania jakiegoś zaginionego krewnego Emila Karewicza. Brunner Adamczyka to nadal ten sam cyniczny, skupiny na sobie cwaniak. Może nie pali pięciomarkowych cygar i nie pije dobrego koniaku, ale z pewnością robi wszystko, aby po przegranej wojnie nie zabrakło mu tego typu luksusów.

O grze pary aktorskiej Mikulski – Karewicz pisać nie ma co. Ci panowie to klasa sama w sobie. Brak pomysłu na konkretne zagospodarowanie ich (razem bądź osobno) i częstą eksploatację ich talentu aktorskiego uważam za największą pomyłkę polskiego kina. Dobrze, że ten film powstał – i mam nadzieję, że zdążą powstać kolejne.

Słów kilka o realizacji. Daruję sobie wyświechtany frazes “nieźle jak na polskie kino”, bo od naszych filmów wymagam już normalnego wyglądu. Nieźle jak na światowe kino – to już bardziej. A jak na nasze to po prostu świetnie. Dobrze użyte (z rozwagą) efekty specjalne – choć dziecku wychowanemu na filmach ostatnia wojna światowa kojarzy sięz mniej ognistymi wybuchami. Fajna praca kamery, niektóre ujęcia z fontannami krwi (no, z fontanienkami) trochę w stylu Tarantino. Nawet muzyka jakoś dopasowana – choć grała cały czas, to nie przeszkadzała. Ale też nie zapadła w pamięć. I – uwaga – nie wykorzystano słynnego motywu muzycznego z serialu. Szkoda, prawdziwa szkoda. Gdybym go usłyszał, choćby na sam koniec, nawet w jakiejś nowszej wersji – włosy na karku stanęłyby mi dęba. No i czołówka – odczucia mam ambiwalentne, tylko tyle powiem.

Na pytanie “czy iść na ten film?” odpowiedź może być tylko jedna – nie, nie iść, ale biec! Już dawno nie widziałem tak dobrego filmu i cieszę się, że dane mi było go obejrzeć. Z pewnością też, gdy tylko pojawi się na DVD, dodam go do mojej listy życzeń.

Na koniec tradycyjnie – zwiastun.

Bardzo dobrze przygotowany, prawda? Ale tu wszystko jest dograne do perfekcji, z plakatem włącznie. Widać że reżyser, Patryk Vega, zna się na swojej robocie i ma szczęście do producentów. Ten film ma sprzedawać popcorn i ja już wiem, że mu się uda.

  • taktyczny

    Gdy słyszę charakteryczną przygrywkę z czołówki także odkładam na bok wszystkie plany i oglądam. Jest parę dobrych filmowych produkcji, nie powiem, ale nie ma chyba żadnej innej tak kilkmatycznej. No i te teksty! Np. mój ostatnio odkryty: Lekarze do postaci szpitalnym łóżku: „Już wszystko dobrze. Teraz wieziemy pana do kostnicy…” 🙂 I wywożą naszego sprzed nosa nazistów, dawniej fryców.
    Na film pójdę, zachęcony taką recenzją. Ale przyznam, że z obawą, choćy po jednym szczególe, a w pozornych detalach zwykle kryje się prawda o rzeczy. Razi mnie na fotosach, jak Kot nosi służbową czapkę. Prosto jak na łbie, jak sztubak. Bo nigdy nie chodził w mundurze. Każdy oficer, ba każdy Niemiec, a oni mundurowy spannung mają we krwi, rozpozna w nim przebierańca. Mikulski wiedział, że prawidłowo i przepisowo powinna być przechylona na prawy bok, tak jest po polsku jak i po niemiecku. I ten szczegół mówi wszystko. W przypadku „Stawki większej niż życie” prawda czasu znajdowała odbicie w prawdze ekranu. Dlatego dawne filmy wojenne da się oglądać, a na nowe zwykle szkoda czasu.

    • „Stawkę…” serialową można oglądać bez końca. To świetna produkcja. I z czystym sumieniem twierdzę, że nowy film spokojnie stawił czoła swojej wielkiej poprzedniczce.

      A na czapkę bym w życiu uwagi nie zwrócił, dzięki:)

  • Pingback: Marcin Ciszewski – polski Tom Clancy? » MrCichy()