Kac Wawa – film, który boli

Jakieś dwa tygodnie temu obejrzałem najgłośniejszy polski film tego sezonu. Zwlekałem z recenzją, bo musiałem wyjść z szoku. Oraz upewnić się, że nie jestem osamotniony w moim odbiorze tego produktu (podoba mi się sugestia Krzysztofa Vargi, aby w stosunku do “Kaca” nie używać określenia “film”, a “produkt” właśnie). Ale skoro nawet (a może przede wszystkim) Krzysztof Raczek ma takie samo zdanie jak ja…

Przede wszystkim jednak czekałem, aż minie ból. Bo “Kac Wawa” sprawił mi fizyczny ból. Ktoś może powiedzieć, że nie wyczekał do końca. Ktoś inny – że wyszedł z kina głupszy. Ja wyszedłem z bólem. Bo brak logiki w tym produkcie, ogólny chaos i świadomość, że to zostało zrobione na serio – bolały.

Uwaga – ten tekst zawiera spoilery. Jeśli zamierzasz obejrzeć opisywany tu produkt, przerwij czytanie, bo nie mam zamiaru oznaczać spoilerów w żaden specjalny sposób. I niech Bóg zlituje się nad Twoją duszą. A jeśli nie masz ochoty poznawać historii z produktu, przeskocz do akapitu zaczynającego się pogrubioną czerwoną czcionką na żółtym tle.

“Kac Wawa” to – w zamyśle twórców – historia pięciu mężczyzn, świętujących wieczór kawalerski jednego z nich. Pamiętam, że jeden z nich nazywa się Jerzy (mąż Krystyny), drugi zaś – Bonawentura (kolega z wojska). Nawet na torturach nie przypomnę sobie imienia głównego bohatera (Piotr? Paweł? serio – kogo to obchodzi?), poza tym, że jest byłym oficerem którychś trzech literek. Na imprezie jest też kuzyn (chyba) bohatera oraz jego znajomy – diler ze Śląska o wdzięcznym pseudonimie “Grzmihuj” (pisownia oryginalna). Już ta postać budzi masę pytań – skąd były stróż prawa zna dilera narkotyków? Dlaczego zaprasza go na swój wieczór kawalerski? Skąd taka ksywka (która – o ile pamiętam – w filmie nie pada ani razu)? I co się z poczciwym Grzmihujem stało na końcu? Z produktu dowiadujemy się jedynie, że śląski diler kończy w łóżku z przygodnie poznaną seksowną właścicielką dużego psa. Ale czy kończy, jak kończy i czy pod wpływem zjawiskowej dziewczyny porzuci ścieżkę występku – tego autor nam nie wyjawia.

Ale do rzeczy – bohater przyrzeka swojej przyszłej narzeczonej (wszak jutro ślub!), że będzie się grzecznie bawił. Ona idzie na pokaz męskiego striptizu, a on – no cóż, dzięki interwencji Grzmihuja i jego magicznego proszku, przestaje być grzeczny i rusza w miasto.

Wiecie co? Nie chce mi się w kółko pisać “bohater”, a zwiastuna nie obejrzę. Nazwijmy go roboczo Borysem Szycem.

Kiedy Borys Szyc szaleje po mieście w poszukiwaniu atrakcyjnej pani do towarzystwa, jego narzeczona, nawalona jak Messerschmitt, wraca do pokoju hotelowego i zasypia snem sprawiedliwych. Borys Szyc, nie mogąc się do niej dodzwonić, wraca do pokoju, zastaje tam nieziemski bałagan i uświadamia sobie, że narzeczoną mu porwali. Wybiega więc z pokoju, dysząc żądzą zemsty…

Zapowiada się świetnie? Przyznacie, że zawiązanie akcji jest nawet niezłe – oczywiście w powyższym opisie. W produkcie całość jest niesamowicie poszatkowana, nie wiadomo czemu Borys Szyc wydzwania do przyszłej żony w czasie wieczoru kawalerskiego, nie wiadomo czemu w pokoju jest bałagan… A to dopiero początek wielu znaków zapytania. Borys rusza przez miasto, trafia do agencji towarzyskiej (skąd wiedział do której?), łamie przynajmniej kilka paragrafów (o użyciu broni, zmuszaniu do czynności seksualnych, wcześniej praktykuje tortury) i na samym końcu wpada w ramiona obleczonej w biel ukochanej. Skąd wiedział, że wybranka serca jednak wróciła do pokoju? Czemu pomaga mu były bezpieczniak? Czemu ów bezpieczniak jest tak potężny, że – gdy Borys wszczyna strzelaninę na Nowym Świecie – potrafi uwolnić go z rąk policji samą rozmową przy radiowozie.

Teraz mój opis jest nieco bardziej roztrzepany, a to i tak nic w porównaniu z produktem. Zaprawdę, powiadam Wam – miałki scenariusz to pestka. Gra aktorów, montaż, logiczne powiązanie scen i dbałość o szczegóły – to wszystko jest w innych filmach. W produkcie “Kac Wawa” tego nie ma. Oglądając to, nie mogłem pozbyć się wrażenia, że reaktywowano “Ukrytą kamerę” i oto jestem jej bohaterem. Taki film nie mógł powstać. Produkt podważył moją wiarę w ludzkość, pracę grupową i stały zestaw polskich aktorów – bowiem poza Szycem w produkcie gra też Tomasz Karolak. Papież z Kotem nie zagrali, bo trafił im się znacznie lepszy film.

I tylko jedna kwestia nie dawała mi spokoju. Jeden z bohaterów produktu, grany przez Karolaka. Otóż jest to Silvio, Bułgar udający Włocha, który odwiedza warszawską agencję towarzyską. Oczywiście, masa pytań nasuwa się sama – czemu Bułgar udaje Włocha? Czemu jest w Warszawie? Co się z nim dalej dzieje? Ale niech Wasze umysły zaczepią się na jednym zwrocie – Bułgar udający Włocha. To brzmi na świetnie rozpisaną postać komediową. To jest zbyt abstrakcyjne, zbyt śmieszne, aby pasowało do reszty. O co tu chodzi?

Pewien pomysł podsuwa mi dopiero historia scenarzysty produktu. Darujmy sobie kwestie “oparcia na prawdziwych wydarzeniach”. Pomińmy milczeniem opowieści w stylu “od zera do bohatera”, gdy skromny facet z Poznania zaczął robić film z największymi. Istotne jest co innego – cytując artykuł:

Wszystko zmieniło się gdy Czaja trafił ze swoim scenariuszem do producenta Jacka Samłojewicza ("Wojna polsko-ruska"). Ten uznał, że ma potencjał. Potem jednak zaczął się żmudny proces poprawek i zmian, który dla autora był bardzo trudny.

Rozumiecie? Dostaliśmy wersję producencką. A Piotr Czaja, scenarzysta, nie potrafił zrobić tak, jak Tarantino przy “Urodzonych mordercach” i odciąć się od całości. Podpisał się swoim nazwiskiem pod produktem i teraz cierpi. Ale ma jeszcze szansę na wybronienie się. Jak zapowiada – planuje wydanie książki z dialogami i bohaterami, którzy nie znaleźli się w filmie.

I wiecie co? Tylko dla historii Bułgara udającego Włocha jestem skłonny tę książkę przeczytać.

Dla najodważniejszych – zwiastun.

Andrzej! On ma na imię Andrzej!

Aha, należy się Wam wyjaśnienie, skąd takie, a nie inne zdjęcie w tym artykule. Produkt “Kac Wawa” pokazał, że można wypuścić coś wewnętrznie niespójnego, o niedopasowanych elementach – więc postanowiłem jednorazowo przetestować tę strategię. Tylko 3D mi brakuje.