Dziewczyna z tatuażem – bardzo dobry film

Ciężka jest rola tłumacza, oj ciężka. Nie dość, że tytuł “Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” zamieniono na “Girl with the dragon tattoo”, to jeszcze jakaś dziwna siła kazała mu owego smoka z tytułu usunąć. Ale to drobiazg, przecież ważny jest film.

Na wstępie uprzedzam, że oceniam tylko i wyłącznie sam film. Nie nie książkę, nie wierność adaptacji, ale film. Zresztą – książki nie czytałem.

Ale po obejrzeniu filmu planuję przeczytać. Bowiem przyszło mi obejrzeć rewelacyjny kryminał. Fincher pokazał klasę i nakręcił kolejny, świetny obraz. Oczywiście, można się przyczepić do kilku spraw. Zrobię więc to na początku – aby potem skupić się na tym, co dobre.

Podwójna narracja na początku – z jednej strony on, z drugiej ona. Można było spokojnie z tego zrezygnować, zostawiając tylko wątek kryminalny. Tylko. Czyli wywalić też za mocno rozbudowany (moim zdaniem) wątek zemsty na złym przemysłowcu. Oraz roztkliwianie się nad przejściem Lisabeth od socjopatki do zakochanego podlotka. Pozwoliłoby to też uniknąć długiego – bardzo długiego – zakończenia. Może nie była to długość zakończenia jak w “Powrocie króla”, ale spokojnie kilka minut mogło odpaść.

Tyle złego. A co dobrego? Cała reszta.

Opowieść wciąga niesamowicie – tropy się mieszają, nowe fakty wypływają na powierzchnię, a całość oglądamy dzięki bardzo sprawnie poprowadzonemu śledztwu. I nawet użycie uzdolnionej hakerki jako deus ex machina nie razi tak bardzo – tym bardziej że jej udział w śledztwie jest z grubsza analogowy, a nie cyfrowy. To lubię – logiczne wnioskowanie, szukanie tropów (po czterdziestu latach!) i składanie wszystkiego do kupy.

A nie jest łatwo prowadzić śledztwo, kiedy napotyka się na opór materii. Nie chodzi tylko o upływ czasu, ale o całą galerię antypatycznych typów, krewnych ofiary – odludków mieszkających na jednej wyspie i unikających się za wszelką cenę. Do tego mrok, zima i brak zasięgu. Atmosfera jest gęsta jak smoła i to czuć. To nie jest radosna Szwecja z broszury IKEA, to raczej skapane w wiecznym deszczu miejsce niczym Gotham Batmana albo miasto z filmu “Siedem”.

Duszną atmosferę znakomicie oddają ciemne zdjęcia. Światło wyciąga z mroku tylko to, co najważniejsze w danym momencie, ale tajemnica jest skryta gdzieś tam, w ciemnościach. Tak jest na wyspie. Gdy widać retrospekcję – całość nabiera ciepłych barw. Gdy jesteśmy w Sztokholmie – barwy są zimne, nowoczesne. Z ekranu wylewa się na widza Szwecja – taka, jak powinna być w strasznym kryminale.

Osobną cegiełkę do klimatu dokłada muzyka, za którą odpowiada Trent Reznor. I nie chodzi tu tylko o świetny cover piosenki Led Zeppelin przy czołówce, ale o te wszystkie niepokojące dźwięki, które słychać później. No właśnie – dźwięki. Bo nie zawsze można nazwać to muzyką. Ale zawsze pasuje.

Czy trzeba coś dodawać? Gorąco polecam fanom mrocznych kryminałów wycieczkę do kina. To nie będzie stracony czas.

  • taktyczny

    Na Stiegu Larssenie próbowałem ćwiczyć duński, ale szybko przeszedłem na Dashiella Hammetta i innych klasyków czarnego kryminału. Może to zabrzmieć wyzywająco dla miłośników Szweda, ale jak coś jest dobre, to się po prostu dobrze czyta w każdym języku. Ale recenzja z filmu brzmi zachęcająco.

    • Ja jednak czytam po polsku, wszelkie języki mi obce to dodatkowy wysiłek intelektualny:) Książkę właśnie zacząłem czytać i – póki co – nie jest źle. Choć mogłoby być ciut szybciej (tak, jak w filmie).

  • verónica

    ja w sumie też jeszczE jakoś nie mialam okazji przeczytać książki- ale przymierzam się.

    i zgadzam się z taktycznym- w ogólności.
    jak coś ciężko idzie w oryginale- w tłumaczeniu raczej nie nabywa lekkości..

    • O, a wydawało mi się, że przebrnęłaś przez całą trylogię… Już się gubię w tych tysiącach książek, które pochłonęłaś:)