Flaczki sojowe Orico – że co?

Nasz najbardziej nietypowy zakup impulsowy to pojechanie do sklepu IKEA po kartony i kupno łóżka z zagłówkiem. Ale w codziennym życiu nie można aż tak dawać się ponosić emocjom. Czasem batonik przy kasie, jakaś zabawka, książka, oryginalne piwo – to mieści się w granicach normy. Niemniej czasem pod wpływem nagłej chęci do koszyka wpada coś tak nierealnego, że opowiadanie o tym jest w pewien sposób krępujące.

Ale nie dla mnie.

W naszym osiedlowym sklepie typu hipermarket zakupy robimy regularnie. Od jakiegoś czasu nie gubię się już między półkami i Ukochana pozwala mi tam chodzić samodzielnie. Dla bezpieczeństwa – aby kupić wszystko, co potrzebne – chodzę zygzakiem, zahaczając o każdą alejkę. W tym o alejkę ze zdrową żywnością – i muszę Wam się przyznać, że zawsze zatrzymuję się tam, aby popatrzeć, co też ludzie ludziom próbują wcisnąć. Weźmy takie mleko ryżowe – taki produkt istnieje, ale nikt się nie zastanowił, w jaki sposób producent ten ryż doi. Niemniej, ludzie to kupują (chyba tylko z musu, bo w smaku to jest zwykła woda).

Poza zdrowym żywieniem sporo miejsca na półkach zajmują produkty dla wegetarian. I to jest dla mnie niewyczerpane źródło pytań o ludzki umysł. Co powoduje, że osoby wyrzekające się najczęściej dobrowolnie mięsa, nie mogą odciąć się od mięsożernej terminologii? Skąd taka popularność pasztetów sojowych czy kotletów sojowych? Tego drugiego dania spróbowałem i – chociaż nie jest złe – nie mogę go nazwać kotletem. Dlaczego nie nazwać tego kulką sojową? Musi być kotlet? Kryzys kreatywności?

Na dodatek producenci żywności dla wegetarian (albo sami wegetarianie) nie do końca łapią całą ideę kryjącą się za jedzeniem mięsa. Stąd na półce można znaleźć takie perełki jak kotlety sojowe a’la schabowe o smaku kurczaka.

Serio, moi drodzy jarosze, nie łapiecie tego. Zarówno w smaku, nazewnictwie i idei. Nie idźcie tą droga.

Niemniej pewnego razu ujrzałem na półce kartonik, który wyzwolił u mnie natychmiastowy łuk odruchowy i opakowanie flaczków sojowych znalazło się w moim koszyku. Flaczki (normalne, z martwego zwierzęcia) uwielbiam, a że przyrządzenie dobrych flaków to sztuka odchodząca w zapomnienie, postanowiłem zaryzykować. W końcu – co może pójść źle? Jadłem już potrawę pod nazwą “kurczak a’la flaki” i – chociaż kurczak nie ma tej formy, co flaczki – smakowała wyśmienicie.

Tym sposobem sojowe flaczki marki Orico znalazły się w moim domu. Po początkowej euforii przyszło otrzeźwienie (“co ja najlepszego zrobiłem – przyniosłem danie sojowe do domu, gdzie je się boczek zawijany w boczek, o ja nieszczęsny”), ale słowo się rzekło. Kupiłem, to zjem.

Przygotowanie zajmuje około 30 – 40 minut (od otwarcia kartonika do serwowania) i nie absorbuje uwagi. Teraz już wiem, że kryje się w tym podstęp – gdyby człowiek patrzył co chwilę do garnka, z pewnością nie nalałby do talerza czegoś, co wygląda tak:

Od czego zacząć? Kolor? Konsystencja? Kawałki soi udające flaki? Smak? Nic nie pasowało… Mój zawód był tym większy, że nastawiałem się na flaki i uczepiłbym się najsłabszego odwołania do tej pysznej zupy. Niestety, jedyne, co łączyło moją potrawę z flakami to nazwa. Użyta na wyrost.

Po zjedzeniu połowy talerza stwierdziłem, że należy zmienić mindset i wmówiłem sobie, że wcale nie kupiłem flaczków, a wyjątkowo słaby gulasz. Robiony bez mięsa. I już było ok. Bo to coś smakowało jak gulasz, reszta to kwestia nastawienia.

Ciekawostka – na pudełku był też przepis na danie alternatywne, z wykorzystaniem zawartości. Należało dodać tylko m.in. kapustę pekińską, prażony sezam, olej sojowy czy świeży imbir. Wiecie, co z tego miało powstać. Lekki bigos sojowy. Jak to się mawiało drzewiej w internetach – you’re doing it wrong!

Drodzy wegetarianie! Nie oszukujcie siebie i nas przy okazji. Jeżeli kusi Was zjedzenie mięsa, to się przełamcie, Matka Gaja z pewnością Wam to wybaczy. Ale nie używajcie nazw przypisanych od wieków do konkretnych potraw na określenie tego, czym się zajadacie. To nie tylko oszustwo, ale też początki schizofrenii.

I jeszcze zrażacie do siebie nas, mięsożerców. Pomyślcie, jak Wy byście się czuli, gdyby ktoś wyhodował nowy gatunek świni i nazwał go “tofu”? Boczek z tofu, żeberka z tofu… Byłoby Wam miło?

A tymczasem rozpoczynam polowanie na kolejną nietypową potrawę. Tym razem kupię ją z pełną premedytacją. A wrażeń z konsumpcji spodziewajcie się tutaj. Bo oto pora na spróbowanie… smalcu wegetariańskiego.

  • verónica

    czekaj, ja kiedyś jadłam pasztet sojowy domowej roboty, i było to naprawdę dobre.
    mimo, że uwielbiam schabowe- akurat kotlety sojowe też lubię.

    • Z pewnością było dobre. Te flaczki też nie były złe. Jedyny ich minus to to, że to nie były flaczki. Pod żadnym względem… A na smalec wegetariański zapoluję i zjem z chlebem. Albo usmażę na nim jajka. Bo ciekawi mnie, jak takie cudo smakuje.

      • verónica

        nie wiem, nie próbowałam. kotlety sojowe lubię, bo są świetną przekąską. hmmm. o smalcu nie słyszałam, ale pasztet sojowy był całkiem całkiem.
        za to-z kwiatków mniszka lekarskiego robi się namiastkę miodu, i niektórym ona smakuje. – ja nie próbowałam, bo nie toleruję miodu pod żadną postacią.

        • Kotlety sojowe są nawet OK. Pasztet sojowy jestem w stanie zaakceptować (choć nie próbowałem). Ale smalec wegetariański? Wegetariański!

          Zgroza… Zgroza…

  • taktyczny

    Problem, jeśli w ogóle używać tego słowa, a więc ta kwestia czy też zagadnienie, dotyczy chyba w większym stopniu języka niż wegetarian albo zdrowojedzeniowców. Udokumentowane początki nieporozumień sięgają lat siedemdziesiątych i „masła” roślinnego. Ile przy tym było propagandy, że to zdrowsze i smaczniejsze niż masło. Wtedy to był przedmiot kpin i przykład, że władza traktuje ludzi jak idiotów. Moi znajomi Anglicy, kiedy to zobaczyli, wręcz stwierdzali, że u nich to by nie ybło możliwe, bo nic nie ma prawa nazywać się tym, czym nie jest. Masło to masło, i kropka. Przykład na robienie z ludzi idotów był dobry, IMHO, ale historia lubi robić sobie jaja. Ćwierć wieku po upadku deficytowej komuny absolutna większość ludności używa tak pogardzanych kiedyś ersatzów masła, samo masło robi za kulinarną ciekawostkę, a „masło roślinne” reklamuje się jako „słynne”…

    • Oj, masło to osobny temat:) Obowiązkowo musi być 82% tłuszczu zwierzęcego. Są jakieś cwane kostki co mają 82%, z czego 60% to tłuszcz zwierzęcy, są różne „masmaki” i inne podróbki. Ale masło to masło – i nic innego na mój chleb nie trafi. Choć – za sprawą Ukochanej – trafia w nieco mniejszych ilościach niż kiedyś…

      Prawdziwe masło, prawdziwe flaki, prawdziwy smalec, autentyczny boczek – to jest właśnie zdrowe jedzenie. Jestem pewien, że mój organizm mi kiedyś za to podziękuje. Choć niewykluczone, że słowami „zdychaj, głupi s…”, ale co się najem, to moje.

    • Kamil

      @ taktyczny. Mieszkałem kilka lat wAnglii więc wiem jak wygląda to ” bo nic nie ma prawa nazywać się tym, czym nie jest” 🙂 To, że szczycą się takimi hasłami nie znaczy, że ma to pokrycie w rzeczywistości. Wystarczy się przejść po sklepach typu Asda czy Aldi aby wiedzieć, że pod nazwami kryje się zupełnie co innego.

      • Dobrze, że przynajmniej się z tym nie kryją. u nas też można w sieci handlowej zakupić „szynkę z piersi”. To już podchodzi pod szczyt patologii (do tej pory szczytem patologii, wprawdzie partyjnej – ale jednak, był „członek z ramienia wysunięty na czoło”).

  • Kamil

    Za bardzo nie rozumiem tych wstawek: -) Sam jestem wegetarianinem a pasztet sojowy kupuję nie po to żeby przypominał mi pasztet zwierzęcy ( papier i inne takie) ale po to, że nie chce mi się czasami gotować i zjadłbym coś na szybko – coś na chleb z dużą warstwą keczupu tak jak lubię. Przecież nie będę jadł ciągle sera czy chleba z dżemem/ miodem. Co mnie obchodzi jakie oni nazwy nadają produktom? Gdyby to się nazywało ” maź sojowa” to też bym kupił bo czasami jestem za leniwy aby gotować.
    Tak samo z tymi flaczkami i innymi tego typu. To producenci nadają takie nazwy.
    Przecież miesożercy też robią z lenistwa i braku czasu zupy w proszku na mięsie co też nie przypomina prawdzej zupy. Także nie tędy droga Autorze tego wpisu 🙂
    To nie ten mianownik 🙂

    Pozdrawiam serdecznie. Kamil

    • Witam serdecznie, Kamilu:) Niepotrzebnie bierzesz to tak do siebie. Pamiętaj, że to jest blog, a nie serwis PAP. Więc to moje wołanie do wegetarian to taka licencia poetica. Sam znam wegetarian, którzy nie namawiają do przejścia na ich stronę mocy, a na takie potrawy patrzą podobnie jak ja.

      A jedzenie nie ma być zdrowe, ma być smaczne!:)

      • Kamil

        A ja myślałem, że to co mówi o ludzkich uczuciach to w dużej mierze mowa ciała a nie literki:-)

        Tekst jest sympatyczny więc tak starałem się odpowiedzieć nie widząc, że masz znajomych wegetarian 🙂

        • Mam różnych znajomych:) Dzięki za komplement, zachęcam do czytania i komentowania reszty bloga:)

          • Kamil

            Nie omieszkam 🙂

  • Kamil

    Dodam jeszcze, że nie wszyscy wegetarianie mają potrzebę odżwywiać się zdrowo 🙂
    Jedząc taki paszet sojowy mam świadomość, że nie jest to zdrowe bo ma jakieś regulatory i takie inne.

    Rozumiem jednak odczucia mięsożerców względem wege- faszystów.
    Oni sami mają problem ze swoim wegetarianizmem – dlatego próbują innym narzucić swoją dietę. Ale to już znany mechanizm psychologiczny – polowania na czarownice.

    Jeśli ktoś się podświadomie zmusza do jedzenia mięsa to zawsze będzie agresywnie reagował na mięsożerców.

  • She

    Witam!zgadzam się zdecydowanie z Kamilem rownież jestem wegetarianką i niekiedy sięgam po produkty sojowe typu ‚flaczki” czy „kotlety” i cieszy mnie fakt,ze wogole takowe istnieją i że jest ich coraz wiecej bo to ciekawa alternatywa,urozmaicenie i sposób na zaoszczędzenie czasu,co do smaku to oczywiście kwestia gustu ale podstawą by nadać tym potrawom wyrazistosci jest właściwe przyprawienie!czym by byly flaki miesne bez przypraw?czym wogole bylo by mieso bez przypraw i całej obrobki,ale nie chce sie tu rozpisywac na ten temat,tylko podkreślic,że nazewnictwo nie ma nic wspolnego z ideą wegetarian tym bardziej ze to producenci o tym decydują a pisząc drogi Autorze o tym,ze wegetarianie poprzez kupowanie produktow tego typu oszukują siebie lub kogokoliwek możesz urazic poprostu uczucia innych i nie chodzi tu o brak dystansu do siebie bynajmniej.
    Pozdrawiam i odradzam kupowanie smalcu-wege nie nalezy do najsmaczniejszych;)

    • Liczę na to, że moi Czytelnicy wiedzą, gdzie się znajdują – i nie da się ich tak łatwo obrazić;) A za dobrą radę odnośnie smalcu dziękuję, choć i tak nie widzę go nigdzie w sklepach.

  • Pingback: Wpół do weekendu #14 – MrCichy()