Szpieg – taki Bond, tylko bardziej

Opinie o tym, czy ostatnie filmy z Bondem są świetne, czy kiepskie, potrafią podnieść temperaturę każdej rozmowy. Na przykład mój serdeczny druh uważa, że obrazy z Danielem Craigiem były fatalne, ale on się nie zna. Jak dla mnie – rewelacyjne odświeżenie serii po niewidzialnym samochodzie.

Dlatego gdy zaczęto reklamować pewien film jako odtrutkę na Bonda, zacząłem się zastanawiać – po pierwsze: na którego Bonda? Po drugie, – kto się zatruł? Dlatego z pewnym drżeniem serca wybrałem się na „szpiega”, aby zobaczyć film, który agenta 007 ma postawić do kąta. Na początek chciałbym pochwalić bardzo dobry ruch polskiego dystrybutora, który tytuł oryginału „Tinker, tailor, soldier, spy” przedstawił po prostu, jako „Szpieg” – słusznie, bo kto by poszedł na film, którego tytuł zaczyna się słowem „druciarz” (i kto to do kroćset jest)?

Ale teraz na poważnie. Jest rok 1975. James Bond wracał do domu po zabiciu Francisco Scaramangi i szykował się na jeżdżenie / nurkowanie Lotusem. Tymczasem w świecie „Szpiega”, wykreowanym przez Johna le Carre, szef brytyjskiego wywiadu podejrzewa, że ma w swoich szeregach kreta. I nie jest to byle kto, ale ktoś ze ścisłego kierownictwa. Swoje podejrzenia przypłaca fiaskiem jednej z akcji oraz wymuszonym odejściem na emeryturę. Jednak wiara, a właściwie pewność, w istnienie wtyczki pozostaje – dlatego prosi swojego byłego podwładnego, również pozostającego na emeryturze George’a Smiley’a (w tej roli świetny Gary Oldman) o wykrycie zdrajcy. Oczywiście – wszystko w tajemnicy.

W tym momencie zaczyna się… Chciałbym napisać „efektowna gra między dwoma szpiegami”, ale nie. Bowiem Smiley nie rzuca się w pościg, nie opuszcza się na linie do budynku, nie wysadza nic – po prostu rozpoczyna żmudne śledztwo. Powolne gromadzenie faktów, zdobywanie informacji, docieranie do świadków i zadawanie im pytań. W tle natomiast widać, jak wygląda życie codzienne szpiega – zdobywanie kontaktów, obserwacja, jeśli trzeba to zabijanie (w imieniu Jej Królewskiej Mości oczywiście). Tu nie ma miejsca na bondowskie zabawki ani skakanie po dachach w stylu Bourne’a.

Ów długi czas trwania śledztwa jest podkreślony niespieszną narracją, scenami pozornie niewnoszącymi nic do opowieści. Duszną atmosferę dochodzenia do prawdy będąc w ukryciu potęgują jeszcze świetne zdjęcia – przygaszone barwy, sporo zbliżeń. Wydawać by się mogło, że tak poprowadzona opowieść nie może porwać. Nic bardziej mylnego.

„Szpieg” to jeden z lepszych filmów o pracy tajnych służb, jakie widziałem. Wedle mojego wyobrażenia to właśnie tak wygląda praca panów, których tożsamości nigdy nie poznajemy. Zamachy, zabójstwa na zlecenie i szaleńcze pościgi – to odpryski, praktycznie niezauważalne. Cały ciężar wykrycia i zneutralizowania zagrożenia spoczywa nie na ich barkach, ale umysłach. To rozbudowana partia szachów, z niestałymi regułami i zmiennymi kolorami figur. A ponieważ autor książki jest tym, kim jest, można zakładać, że nakreślony obraz pracy szpiega nie odbiega od rzeczywistości.

Czy „Szpieg” będzie klasykiem filmowym, do którego odwoływać będą się inne dzieła? Nie sądzę. Pozostaje natomiast rzetelnie zrobionym filmem, który – przy odpowiednim nastawieniu – ogląda się z prawdziwą przyjemnością. To potrawa, którą można smakować tak od strony fabularnej, jak i wizualnej. Dlatego serdecznie polecam wybranie się do kina na „Szpiega” w reżyserii Tomasa Alfredsona.

Oficjalny zwiastun filmu

Ale oczywiście nie zapominajcie o gumie do żucia dla oczu, jaką jest Bond i Bourne. Ktoś tych terrorystów musi likwidować z hukiem (w kinach właśnie są nowe przygody Ethana Hunta). No i te wszystkie modelki same się nie uwiodą.

  • verónica

    nie mów źle o bournie!
    tożsamość filmem dobrym była, kolejne części niekoniecznie, ale bourne to bourne.
    lubię tego pana 😉

    • Wskaż palcem, gdzie źle mówiłem o Jasonie… „Extreme ways” Moby’ego nucę sobie czasem dla podniesienia morale.

      • Anonim

        a nie wiem,
        tak mi wyszło między wierszami przy tym skakaniu po dachach.