Wizyta na strzelnicy

Jakoś nie było czasu, aby to napisać – i mogę przedstawić usprawiedliwienie na tę okoliczność – ale ponad miesiąc temu byliśmy na strzelnicy. Dzięki dość korzystnej ofercie zakupów grupowych, telepatycznemu wręcz porozumieniu między mną i moją Żoną oraz dzięki zgraniu kalendarzy ze znajomymi wybraliśmy się na strzelnicę we Wrzeszczu.

Nawet się nie spodziewałem, że strzelanie może być takie fajne. Oczywiście, wymagane jest skupienie się na celu, ostrożne obchodzenie się z bronią i przestrzeganie podstawowych zasad bezpieczeństwa,. Ale poza tym – świetna zabawa.

Człowiek tak skupia się na tym, aby oddać strzał (a konkretnie – pięć strzałów), że zapomina o całym świecie. O wszystkich stresujących sytuacjach, nieprzyjemnościach i zadaniach do wykonania. Liczy się tylko strzelenie i trafienie – na początku w tarczę. Potem w jakieś punktowane pole. A na samym końcu – w jak najwyżej punktowane pole. Tak to już człowiek ma, że się stara.

Poniżej – zmontowany z tego, co udało się w ciemnej piwnicy nakręcić – film prezentujący, jak Wasz ulubiony bloger (i jego znajomi) urządzali sobie zabawy z bronią. Ponieważ znajomi niekoniecznie życzą sobie występować w internetach, więc prezentują tu najwyżej swoje dłonie. Twarz jest tylko moja, ale miejcie świadomość, ze nie wszystkie strzały na tym filmie oddałem sam.

Ścieżka dźwiękowa wzięta z YouTube–nawet nieźle się zgrała…

Aby uciąć wszelkie domysły – strzelałem z dwóch pistoletów (Sig Sauer P228 i Walther P-99), jednego rewolweru (Colt Python) i jednego pistoletu maszynowego (PM-98 Glauberyt). Z każdego oddałem po 5 strzałów. Na filmie jest też Glock 19, z którego strzelała moja Ukochana.

Jakie wrażenia? Trzymając Colta człowiek czuje się nieco jak Brudny Harry, ale strzela się nieco mniej celnie (oceniam wszystko z pozycji początkującego). Trzymając Walthera nie czułem się jak James Bond – i nie potrafiłbym wybrać, czy lepiej strzelało mi się z niego, czy z Sig Sauera. Choć pamiętam, że Sig Sauer miał w sobie coś, co budziło moją sympatię (jeśli można tak powiedzieć). Najgorzej strzelało mi się z pistoletu maszynowego – najtrudniej było wycelować, gabaryty też niezbyt miłe. Żona, która po Glocku dała się namówić na Colta, też uważała, że z rewolweru strzela się gorzej. A więc zdecydowanie wolimy pistolety.

A jak wyniki? Mogę mówić tylko o sobie, a że jeden obraz powie więcej niż tysiąc słów…

Możecie policzyć – jest dwadzieścia otworów po kulach. Wszystkie w punktowanych polach. Te cztery w okolicach ramienia postaci i jedna boku, duże dziury – to trafienia z Colta (mówiłem, że strzela się mniej celnie). Co do reszty – nie potrafię zidentyfikować, co zrobiłem czym. Ale każde z tych trafień byłoby dość bolesne…

Ponieważ przeszkolenie, jakie otrzymaliśmy na strzelnicy, jest ważne przez rok (a przy kolejnej wizycie automatycznie odnawia się na następne dwanaście miesięcy), ja już wiem, że z pewnością pójdę na strzelnicę. I to nie jeden raz. A może wybiorę się na strzelnicę na otwartej przestrzeni i postrzelamy sobie z kałasznikowa?

Mi strzelanie się spodobało. Wam – polecam z czystym sumieniem. A może macie już jakieś doświadczenie z bronią palną? Albo uważacie, że to jednak nie dla Was i może chcecie, aby Was przekonać nieco mocniej? Napiszcie w komentarzach.

Jeśli podobał Ci się ten tekst, polub mnie na Facebooku!