Gdański Jarmark Świąteczny – nie tym razem

Zdarzyło się, że dzisiaj przeszedłem przez tak zwany Jarmark Świąteczny na Targu Węglowym w Gdańsku. Niezorientowanym tłumaczę, że to już kilkuletnia gdańska tradycja, trochę jak świąteczne targi w miastach niemieckich. Ot, możliwość kupienia jakiegoś drobiazgu (albo czegoś zdecydowanie większego) na świąteczny prezent.

 

W końcu jakoś trzeba Mikołajowi pomagać, prawda?

Jest tylko jedno “ale” – niestety, jest ono dość istotne. Otóż tegoroczny jarmark jest najlepszym przykładem, jak takich imprez NIE należy organizować. Z przykrością muszę stwierdzić, że tegoroczna formuła nie odpowiada mi do tego stopnia, że nie mam najmniejszej ochoty wracać na Targ Węglowy przed końcem grudnia.

Co takiego się stało? Po kolei.

Po pierwsze – wygląd samego jarmarku. Do tej pory jarmark odbywał się w wielkim namiocie targowym, gdzie rozstawione były stoiska. W tym roku postanowiono sięgnąć po wypróbowane podczas Jarmarku św. Dominika środki i zamieniono namiot na małe, urocze, drewniane domki. Świetny pomysł. Pod warunkiem, że mówimy o imprezie sierpniowej, gdy słońce oświetla towar do późna. Niestety, w grudniu ciemność zapada już o szesnastej, a ponieważ całość nie jest dobrze doświetlona, o dokładnym obejrzeniu całego towaru można pomarzyć. W namiocie było jasno, było też cieplej, aż chciało się postać i pomyśleć nad kupnem czegoś, co zupełnie nie jest nam potrzebne.

Nie zrozumcie mnie źle – domki są świetne, w przyjemny, świąteczny sposób nazwano też alejki między nimi… ale nie o tej porze roku, albo nie w taki sposób. Gdyby całość doświetlić latarniami, nawet zawieszonymi w alejkach między domkami, a potem alejki przykryć czymś, ustawić domki tak, aby wiatr nie mógł między nimi hulać – to byłoby coś. Podejrzewam, że mógłbym tam spędzić sporo chwil. A tak – wystarczy chłodniejszy podmuch (albo opad czegoś nieprzyjemnego w ten mokry sposób), abym uciekł stamtąd.

Kolejna kwestia – to ilość straganów. Może to moje złudzenie, ale wydaje mi się, że w namiocie było ich więcej. A tu – nie liczyłem, ale nie sądzę, aby to było dużo więcej niż dwadzieścia. Jak tu wybierać? I w jaki sposób te kilka chatek ma stworzyć atmosferę jarmarku? Na dodatek to, co jest – rozstawiono dość przypadkowo. Już samo gęstsze ustawienie domków zrobiłoby lepsze wrażenie. A i tabliczki z nazwami alejek nie wskazywałyby pustych przestrzeni.

No i sprawa ostatnia – asortyment. Pamiętam, ze przed rokiem można było na jarmarku kupić jakieś ozdoby autorstwa dzieci z domu dziecka, były też jakieś inne, niestandardowe miejsca. Wszystko to urozmaicało typowe stoiska. A dziś? Trochę biżuterii, trochę futerek, bigos, książki, kapcie i ciuchy z PRC. Plus tradycyjna, staropolska ozdoba świąteczna, wywodząca się z wczesnego chrześcijaństwa – laleczka voodoo. Pamiętam, jak w dzieciństwie wieszałem je na choince – koniecznie tak, aby wbiło się w nie kilka igieł…

A wystarczyło dołożyć starań o kilku artystów, rzemieślników, produkty ręcznie robione (był – i może jest nadal – sklep we Wrzeszczu, są rewelacyjne Kubeczki) i byłby klimat. A tak niczym to się nie różni od rynku we Wrzeszczu czy na Przymorzu. Nie tędy droga.

Mam nadzieję, że za rok będzie dużo lepiej. Bo pomysł jest świetny. Tylko żeby z wykonaniem nadążyć.

Jeśli podobał Ci się ten tekst, polub mnie na Facebooku!