Winiary to zuooo…

Nie jestem purystą językowym. Zaśmiecam swoją wypowiedź wtrąceniami z angielskiego, zakląć też mi się zdarzy. Niemniej staram się poprawnie akcentować i cenię sobie bezbłędną pisownię. Zwłaszcza u innych. Cieszy mnie, gdy ktoś się stara – tym bardziej że dziś dostanie świstka o dysfunkcji jest prostsze niż napisanie gżegżółka.

Dlatego irytuje mnie to, gdy – dla „zgrywy” – przeciska się błędy do oficjalnych tekstów.

Nie pamiętam, co mnie zirytowało jako pierwsze, ale przypominam sobie, że dość wcześnie ruszyła mnie okładka książki autorstwa Paolo Coelho polskiej ekonomii, Grzegorza Kołodki. Niby nadał swojemu magnum opus normalny tytuł „Wędrujący świat”, ale na okładce musiała pojawić się litera „ó” – tak dla zasiania niepewności…

No, ale „najskromniejszemu” spośród polskich ekonomistów można wybaczyć. Jego umysł pracuje na nieco innym poziomie.

Potem pojawiła się reklama jakiegoś cudownego specyfiku na odchudzanie. W przyjaznej formie KIŚLU.

I nie myślcie, że to ktoś się przejęzyczył na planie. Oni faktycznie tak mówili – i nawet tak piszą na swojej stronie. To woła o pomstę do nieba.

Potem wkurzył mnie jeszcze tygodnik „Uważam Rze” (miałem problem, żeby to napisać). Ze względów marketingowych ktoś zdecydował o wprowadzeniu błędu na okładkę czasopisma. Dodajmy – wg najnowszych badań dziennika „Rzeczpospolita” – czytanego głównie przez młodych, wykształconych, z dużych miast. Jest to o tyle ciekawe, że publicyści „URze” raczej maja taką publiczność w głębokim poważaniu. Ot, taki chichot…

Ale ilekroć widzę okładkę „URze”, odczuwam jakieś takie nieprzyjemne swędzenie – i to w miejscu, w które nie mogę się podrapać.

Ale to, co ostatnio udało się stworzyć firmie Winiary, bije wszystkich na głowę.

Tak, dobrze widzicie. To MAKARĄ

Tępienie lub celowe niedostrzeganie ludzi umysłowo sprawnych inaczej, piszących „rozumię” czy „telefą” poszszszszły! Jak krew w piach. Bo jakiś marketer umyślił sobie, że taka forma pisowni będzie cool (mówi się tak jeszcze?) – bo to trafi do młodych. Takie puszczenie oczka, wicie – rozumicie, my wiemy jak się pisze, ale sobie tak dworujemy, hehe, kup naszą zupkę.

Ech, szkoda gadać. Komuś w Winiarach chyba się sufit na głowę obsunął. Ale pewnie dostał za to premię.

Dla kasy wszystko! Foto: The Toad, Flickr

OK, rzucam wyzwanie – czekam na loty na trasie Gdańsk – Lądyn. Na pokładzie serwowany kąpot z japka, poddawany najlepszej kątroli jakości. Smacznego!

  • cichy przesadzasz 😉
    fakt z kiślem pojechali po bandzie, dzieła kołodki nie znałam.
    ale są gorsze błędy, których nikt nie tępi, niż makarą. 😉

    • Vero, nie przesadzam… to, że są gorsze błędy, wcale nie znaczy, że mam przymykać oko na te. A poza tym – spoko, do większych wtopek też dojdę. Muszę je tylko dostrzec 🙂

      PS: nigdy, przenigdy nie sięgaj po książkę Kołodki…

  • A ja po 27 latach czasem sie dwoje i troje, albo co najmniej oblewam potami, zeby nie popelnic bledu:)) Owszem, przyznaje, ze czasem (sporadycznie) pozwalam sobie na jakies znieksztalcenie, ale co dziwne, wtedy czytelnicy mnie poprawiaja:)) Ci sami czytelnicy co to pisza najs likend, albo ida do szopa itp.
    MrCichy, podoba mi sie tutaj:)

    • Stardust, cieszy mnie to niezmiernie:) To miejsce własnie dla Ciebie – więc chcę, aby Ci się tu podobało.

      Co do błędów – jak się je popełnia, to trudno. Ale jak się do nich dąży – a z tym mamy do czynienia powyżej – to powinni coś za to ucinać.