Czy trzeba iść do wyborów?

Opublikowana ostatnio przeze mnie bajka o owcach nie znaczy, że odkryłem w sobie ducha braci Grimm. Ci z Was, co mnie znają, domyślają się, o co chodzi. Jak zwykle przy okazji wyborów ostentacyjnie głoszę swoje „nieposłuszeństwo obywatelskie” i odstąpienie od spełnienia „obowiązku” obywatelskiego (w rzeczywistości jest to nieskorzystanie z przysługującego mi prawa, mówienie o obowiązku wyborczym jest najzwyklejszym kłamstwem).

W skrócie – nie planuję iść do wyborów. I jak ostatnio przy takiej okazji zastanawiam się, dlaczego takich jak ja jest wielu – i czemu nikt o nas nie zawalczy?

Nie spotkałem się jeszcze z rzeczowym opracowaniem, które prezentowałoby strukturę niegłosujących i wyjaśniało ich powody. Najprościej mówi się, że ludzie głosują nogami, bo są:

  • zmęczeni polityką,
  • nieodpowiedzialni (a nawet tchórzliwi – taką cudowną kampanię zafundowano nam ostatnim razem),
  • nieuświadomieni (czyli najogólniej mówiąc za głupi, aby kogoś wybrać).

http://www.flickr.com/photos/susievision/2199279712/

Wszystko to może być prawdą – ale jaki jest odsetek tchórzy, zmęczonych i głupich? Kim są? Co mogłoby ich skłonić do pójścia do urny? Pomysłów jest oczywiście sporo, poczynając od głosowania przez interet (to dla leniwych), poprzez zmianę zasad wyborczych (choćby legendarne już jednomandatowe okręgi wyborcze), po stary, sprawdzony przymus głosowania pod groźbą kar (nie wiadomo tylko, czy cielesnych, czy finansowych). Obawiam się jednak, że żaden z nich na mnie nie zadziała. Dlaczego? To proste – moje powody do niegłosowania są bardzo mocne.

Chciałbym na chwilę zatrzymać się nad powodami wyborczej absencji. Będę mówił za siebie, ale podejrzewam, że wiele osób niegłosujących mogłoby się pod tym podpisać. Ci, którzy nie idą mówią, że są zmęczeni – ci, którzy ich krytykują, nazywają ich nieodpowiedzialnymi. Tylko że ci drudzy nie dostrzegają, że ci pierwsi nie mają na kogo głosować. Do mnie nie trafia mówienie o wyborze mniejszego zła, bo wybór jakiegokolwiek zła jest wbrew moim zasadom. I nie jest dla mnie zaletą mnogość kandydatów, skoro każdy z nich proponuje – bądź reprezentuje sobą – coś, na co nie mogę wyrazić zgody. Wiem, że to można nazwać rozkapryszonym podejściem – nie ma księcia z bajki, to się nie ruszam. Ale wolno mi. Ktoś z tych, w których dostrzegam wady, i tak będzie rządził. A ponieważ nie jestem w stanie wskazać kto, spośród mających realne szanse na zwycięstwo, ma tych wad więcej, albo u kogo są one większe – to jest mi wszystko jedno, kto zasiądzie u steru. Nie widzę natomiast powodu, abym swoim głosem (a więc i nazwiskiem – to, że wybory są anonimowe niczego nie zmienia) miał firmować tego czy owego polityka.

Nie bawi mnie też pusty performance pod nazwą „pójdę i oddam nieważny głos”. Po prostu jakoś nie kupuję nabijania statystyk tylko po to, aby polityk X poczuł się lepiej. Ba – uważam nawet, że rezygnacja z prawa wyborczego jest o wiele wyraźniejszym głosem, niż oddanie nieważnego głosu. Bo tu przynajmniej mówię wprost, pawie podpisując się imieniem i nazwiskiem, że nie miałem kogo wybrać.  Po co udawać, że poszedłem i zagłosowałem? Żeby sąsiad widział?

Pochylę się też nad koronnym argumentem nawołującym do pójścia na wybory (nieistotne, czy z ważnym głosem, czy nie) – niegłosujący nie mają prawa do narzekania. Jest to bzdura, powtarzana równie często jak hasło „obywatelski obowiązek”, przez polityków, dziennikarzy, celebrytów, a w konsekwencji przez zwykłych ludzi. Po pierwsze – mamy wolność słowa. Wolno mi narzekać, ile tylko chcę. Próba uciszania mnie za pomocą jakichś zaklęć jest dla mnie po prostu obraźliwa. Jak mawiał mój kolega: „nie po to nasi ojcowie skakali przez płot”, aby teraz człowiek znany z tego, że jest znany, decydował o moich podstawowych prawach obywatelskich.

Ale – co najważniejsze – stwierdzenie odbierające mi prawo do narzekania jest kompletnie nielogiczne. Utrzymując się w klimacie przypowiastek – to trochę tak, jakby grać w tenisa granatem, przy pełnych trybunach, a po jego eksplozji szukać winnych wśród tych, którzy nie przyszli na mecz – bo nie kibicowali… Tak więc zapamiętaj sobie, człowieku mówiący mi, ze nie mogę narzekać – najmniejsze prawo do narzekania (wyłączmy dla potrzeb prostego wyjaśnienia na chwilę swobodę wypowiedzi) mają ci, którzy głosowali na partię będącą aktualnie u władzy. A w drugiej kolejności wszyscy ci, którzy kiedykolwiek głosowali na jakąkolwiek rządzącą partię…

Co do braku wiedzy o programach wyborczych – jest to prawdą. Jako osoba żyjąca na granicy bieżących wiadomości wiem tylko o tych odpryskach, które do mnie trafiają. I niestety nie miałem czasu, aby przejrzeć wszystkie programy startujących partii (że o poszczególnych kandydatach nie wspomnę). Liczyłem jednak na to, że te fragmenty informacji, które do mnie trafiają, będą wystarczające. Jakże się myliłem! Wszystko, o czym słyszę (a są to informacje z pierwszych stron gazet i portali, nie żadne szczegóły z ostatnich stron), to:

  • kto kogo obraził,
  • kto kogo pozwał,
  • kto gdzieś pojechał autobusem, pociągiem, tramwajem, rozdawał jabłka, banany, bułki, zatańczył, zaśpiewał, przeprowadził staruszkę przez ulicę…

Zero merytorycznego programu. A – jak wspomniałem – to są niuanse polskiej polityki, ale (rzekomo) najważniejsze wieści, które powinny trafić do wszystkich. Do kogo kierowana jest ta kampania? Do fanów „Tańca z gwiazdami”, czytających „Świat Seriali” albo „Przegląd Sportowy” (w zależności od płci)? Ale nawet jak się wejdzie trochę głębiej, to obiecanki wyborcze (szumnie nazywane programami bądź planami) są podawane w tak niepowiązany sposób, że osoba bez pasji do analizowania nie wyniesie z tego nic. Co mi po informacji, ze partia X zamierza obniżyć podatki, skoro nie mam danych o ile mniejsze będą wtedy wpływy do budżetu oraz co zrobić z brakującą kwotą (tnąc koszty lub szukając innych źródeł).

Ostatnią rzeczą, która definitywnie odpycha mnie od polityki w ogóle, a od urny w szczególe, jest to, co polska polityka robi z ludźmi. I nie mam tu na myśli polityków, ale wyborców. Wirus tej czy innej partii zdaje się wżerać w umysły zwolenników, czyniąc z nich hordy agresywnych zombie, reagujących niczym psy Pawłowa na najprostszy bodziec w sposób niejednokrotnie skrajny, złością bądź radością. Przykład? Ostatnio będąc przy stojaku z prasą w hipermarkecie  pomagałem kobiecie, szukającej gazety. Gdy kobieta ta zobaczyła na okładce pewnego czasopisma twarz prominentnego polityka, zakrzyknęła do mnie coś w stylu „wszędzie ta jego morda, no już wystarczy” – a przecież nie wiedziała, kim jestem, kogo popieram, z jakimi poglądami się identyfikuję i czy ten polityk nie jest np. moim wujkiem.

Zresztą – po co przykłady? Przeprowadźcie eksperyment myślowy – oto jesteście w gronie znajomych, zwolenników partii X, gdzie przyznajecie się do popierania partii Y. Jak myślicie – jaka będzie ich reakcja? A teraz w drugą stronę – pośród fanów Y powiedzcie, że głosujecie na X. Czy ich reakcja będzie inna? Nie sądzę. Jestem przekonany, że w obu przypadkach to, co was spotka, będzie raczej niemiłe. O wiele bardziej niemiłe niż to, co mnie czasem spotyka, gdy mówię, że jestem apolityczny i nie głosuję.

Czy może więc dziwić, że w takiej sytuacji nie mam najmniejszej ochoty stawiać się przed obwodową komisją w dniu „wielkiego święta demokracji”? Jestem po prostu zmęczony – kłótniami polityków, niepoważnymi reakcjami ludzi i oczekiwaniem na księcia na białym koniu. Jeżeli przynajmniej dwie z tych rzeczy będę mógł uznać za zakończone – zastanowię się nad skorzystaniem ze swojego prawa wyborczego.

Dodatkowo zniechęcają mnie podejmowane próby nakłonienia mnie do głosowania. Te wszystkie kampanie „idę bo tak trzeba”, to „głosuję bo nie jestem tchórzem” – śmieszne to i tylko pokazuje, jak bardzo nieprzygotowani są ci wszyscy agitatorzy. Pomimo regularnych akcji frekwencja jakoś nie szybuje w niebo. Ale też nikt nie pokusi się o przeanalizowanie struktury i powodów niegłosujących. A od tego należałoby zacząć. I wtedy szukać rozwiązań – i wcale nie trzeba szukać daleko. Kilka z nich mogłoby już teraz działać na rzecz rosnącej frekwencji, ale po co? Głosowanie przez pełnomocnika? Tylko dla chorych. Wybory w sieci. Później. Zmiana ordynacji? Jeszcze nie. Kontrola wypełniania składanych obietnic? Buahahahaha!

Odpowiadając zaś na postawione w tytule pytanie „czy trzeba iść do wybiorów” odpowiem krótko – nie. I nie dajcie sobie wmówić, ze jest inaczej.

  • to przeca oczywiste, że się wszystkim podpisuję, i mam taki plan perfomancu na niedzielę, że nigdzie nie idę.

    spoty o tchórzliwości imho były taką śliwką, co wpadła w szambo.

    • Ja bym je nazwał wisienką na torcie. Grunt, że owocowo.

      Widzisz, Vero – Twój performance i mój się jakoś zgrają. I nie tylko nasze. To będzie gigantyczny flashmob…

  • widzisz, bo ja bym wymienila jeszcze z 5 powodów, dla których jestem na nie.
    ale w gruncie rzeczy to moje prywatne opinie i nikomu nic do tego.

    uważam, że więcej odwagi cywilnej jest w głośnym powiedzeniu, że się nie idzie, niż w oddawaniu głosów nieważnych.

    • A ja zapomniałem o jeszcze jednej bzdurze związanej z brakiem praw do narzekania, ale sobie to zostawię na później:)

      Nie wiem, gdzie jest jaka odwaga cywilna, ale wiem, że chciałbym móc w spokoju powiedzieć, że nie głosuję – i nikt nie będzie mnie namawiał. Choć najchętniej to bym chciał móc głosować.

      • imgo odwaga jest właśnie w głośnym powiedzeniu- a nie jakimś oddawaniem głosów nieważnych.
        oddawanie nieważnych głosów średnio ma sens- bo:
        1. i tak podbija statystyki frekwencji
        2. może sugerować o wtórnym anafalbetyzmie, że oto nie potrafimy czytać ze zrozumieniem, i przerasta nasze zdolności postawienie krzyżyka.

      • oraz nie powiam JAK bardzo mnie drażni polonia głosująca.
        nosz wyraz, skoro jest tak pięknie i cudnie, i TAK przykładają rękę do tego,
        żeby tu było tak a nie inaczej- niech wrócą.
        bardzo poproszę, aby ludzie, którzy nie mieszkają tu 5 lat i więcej, nie płacą podatków itp. NIE mieli prawa głosu.

        • Taaa… Polonia to osobna kwestia. Faktycznie, należałoby coś z nimi zrobić:)

  • Podczytuje i poniewaz BARDZO sie zgadzam z trescia pozwole sobie zabrac glos. Tym bardziej, ze jestem „polonia”:)) Mieszkam od 27 lat w Stanach i jeszcze nigdy, przenigdy nie przyszlo mi do glowy glosowac w polskich wyborach. Po prostu nie rozumiem dlaczego ludzie to robia, no ale tlumaczenie kretynowi, ze nie powinien jest podobne do kopania sie z koniem.
    Tak sobie czasem mysle, ze po cholere ludziom wolnosc i demokracja jak nie potrafia z niej skorzystac? Niestety wolnosc i demokracja nie przychodzi w pakiecie razem ze zdrowym rozsadkiem, a to towar deficytowy. Pozdrawiam.

    • Wiesz, Stardust, są ludzie, którzy pomieszkują poza granicami, ale wracają do Polski, chcą tu płacić podatki, budują tu domy itp. Ale ktoś, kto wyemigrował w latach 70. XX wieku i od tego czasu Polskę widział tylko w TV Polonia, to chyba ma niewielkie pojęcie jak tu jest i czego nam trzeba. Ale spróbuj podnieśc tę kwestię na forum publicznym – lincz murowany.

  • Z czystym sumieniem mogę polecić powyższy materiał kolegom. Sam bardzo wiele się dowiedziałam i zapewne inni też się dowiedzą.

  • Pingback: 5 reakcji na zbliżające się wybory | Blog do czytania()