Amazon Kindle 3G – „pierwsze” wrażenia

Jak wiedzą moi rozliczni fani na Twitterze, Buzzie czy Facebooku, od blisko dwóch miesięcy jestem szczęśliwym posiadaczem czytnika Kindle 3G. Ten czas pozwolił mi na poznanie tego urządzenia i teraz pora, abym podzielił się z Wami moimi wrażeniami.

Zdjęcie z: http://www.flickr.com/photos/r4vi/

W zasadzie mógłbym tę relację ograniczyć do dwóch słów: jestem oczarowany. Jest to chyba najwygodniejsza forma czytania książek. No, chyba, że ktoś jest fetyszystą uzależnionym od smyrania paluchami po papierze – ale dla takich jednostek nie widzę ratunku. Ja sam, jeszcze do niedawna fan czytania książek na komórce, nie rozumiem, jak mogłem męczyć się z czytaniem na małym ekranie. A dźwiganie opasłych tomów już dawno wybiłem sobie z głowy. Dziś trudno mi się przełamać do czytania inaczej niż na moim „Kundelku” (dla wymagających tłumaczeń: Kindle – Kindelek – Kundelek).

Tym, co świadczy o sukcesie czytnika Amazonu, jest ekran z technologią e-ink. Sam nie wiem, co jest największym plusem tego ekranu… Może rozmiar, idealny do czytania, formatu książki w sam raz do czytania w podróży? Może jakość „wydruku”, zbliżona do tej uzyskiwanej na papierze, dzięki czemu wzrok nie męczy się widokiem setki pikseli? A może to, że można czytać książki w pełnym słońcu, nie martwiąc się o odbicia światła? Zapewne wszystko naraz.  Żaden znany mi ekran nie prezentuje treści w takiej jakości. Nawet jeśli ktoś czyta na tablecie, to i tak musi uważać, żeby ustawić odpowiednio światło. W przypadku „Kundelka” nie ma tego problemu.

Kolejnym plusem jest łatwość działania. Kindle się po prostu włącza i już można czytać. Żadnego logowania, żadnego ładowania systemu. Jeden pstryk blokadą urządzenia i książka pojawia się na ekranie. A jeżeli połączymy to jeszcze z niesamowicie wydajną baterią, to korzystanie z Kindle to praktycznie samo czytanie. Żadnego wiszenia na kablu czy czekania na załadowanie się aplikacji (jak to ma miejsce w przypadku choćby smartfonów). Nie prowadziłem statystyk jak często musze ładować czytnik, ale od początku ilość podłączeń do prądu można policzyć na palcach jednej ręki. Oczywiście – jeżeli bawimy się w korzystanie z sieci 3G albo Wi – Fi, to bateria starcza na krócej. Ale i tak jest to znacznie dłużej niż w przypadku dowolnego znanego mi tabletu

No właśnie – 3G. Kolejny niesamowity plus tego urządzenia. W moim „Kundelku” siedzi karta SIM od AT&T, dzięki której mogę zawsze połączyć się z siecią. I nie kosztuje mnie to nic! Amazon opłaca cały transfer w roamingu, dzięki czemu mogę się łączyć z siecią z większości cywilizowanych miejsc świata (co wykorzystałem podczas ostatniego urlopu). Pierwotnie zamierzeniem umieszczenia modułu 3G w Kindle było ściąganie książek z Amazonu (gdy tylko włączymy sieć, automatycznie następuje synchronizacja czytnika z naszym kontem Amazonu), ale eksperymentalnie umieszczono w „Kundelku” prostą przeglądarkę. Nie spodziewajcie się fajerwerków (zwłaszcza po tym wyświetlaczu – on nie jest przystosowany do przeglądania sieci), ale sprawdzić pocztę, wysłać coś na Blipa albo Twittera czy wyszukać coś w Wikipedii zawsze można.

Opłaty za korzystanie z sieci mogą się jednak pojawić. Każdy czytnik ma przypisany adres internetowy, na który można wysyłać dokumenty (np. PDF albo z serwisu Readability). Za ściąganie tych dokumentów przez 3G naliczane są opłaty. Wystarczy jednak w ustawieniach profilu ustawić maksymalne akceptowane koszty transferu na zero USD i wysłane dokumenty ściągać poprzez Wi – Fi.

Wymiary i waga „Kundelka” to kolejna zaleta. Urządzenie znakomicie leży w dłoni, ma wygodne klawisze do przewijania stron i waży tyle, co nic. A w połączeniu z miłą w dotyku okładką, zamykaną na gumkę, zupełnie przypomina książkę (oraz trzyma się jeszcze wygodniej). Wprawdzie klawiatura służąca do pisania mogłaby być nieco wygodniejsza (małe klawisze i wyraźny skok), ale to jest urządzenie do czytania, nie do pisania.

Do Kindle dołączono słownik języka angielskiego, z którego można korzystać na bieżąco podczas czytania tekstów w języku nam obcym. Wystarczy podświetlić dane słowo, a jego definicja pojawi się u dołu ekranu. Każdą przeczytaną książkę można ocenić, można pochwalić się jej przeczytaniem na Twitterze albo Facebooku, można dzielić się refleksjami z lektury z przyjaciółmi. Niby drobiazgi, a przenoszą przyjemność z czytania na zupełnie nowy poziom.

Podsumowując – „Kundelek” to nie jest czytanie jutra. To czytanie dziś – w najwygodniejszej z dostępnych form. Ja zabieram swojego Kindle zawsze w podróż, nawet do pracy. I gdy w tramwaju przeczytam już to, co jeszcze czytam na papierze („Świat Nauki”, „Wiedza i Życie”, zaległe „Duże Formaty” I „National Geographic”), to sięgam po mały, czarny prostokąt, na którym mam całą bibliotekę (przerobienie kupionych legalnie w Polsce książek w PDF na format mobi to pestka dzięki programowi Calibre).

I mam tylko jeden problem – coraz większy stos książek do przeczytania. Oraz to, że wiele z nich to nadal stare, tradycyjne, papierowe cegły…

Tu jeszcze garść newsów. Amazon ogłosił pojawienie się nowych „Kundelków”. Jest więc kolorowy (którego chyba bym nie polecał – zwykły, ubogi tablet za 199 USd), jest w wersji dotykowej (raptem 10 USD droższy od mojego, do rozważenia). No i najważniejsze – podstawowy Kindle, bez 3G, klawiatury i ekranu dotykowego, ale wystarczajacy do czytania, to wydatek… 80 USD. Z taką ceną nie ma się co wahać.