52 książki – 9 miesięcy

Brnąc dalej w zaszczytnej akcji podnoszenia średniej przeczytanych książek, warto rzucić okiem, co też ciekawego urodziło się po 9 miesiącach. Tempo całkiem niezłe, choć wszelkie spowolnienia tłumaczę zmianą stanu cywilnego. Tak, tak – nie jestem już najlepszą partią nad Wisłą, ożeniłem się, a to przełożyło się na spadek czytelnictwa. W końcu ślub i wesele to masa spraw do organizacji. Kto nie wierzy, niech sam spróbuje:) No a druga połowa września to podróż poślubna – i jakoś na czytanie nie było czasu… Zresztą na pisanie bloga, jak widać, również.

Ale dzięki mojemu ożenkowi wreszcie pojawiło się w temacie książkowym zdjęcie z książką! Dociekliwym tłumaczę – to traktat “O wojnie” von Clausewitza. Wybrany wyłącznie ze względu na szerokie marginesy. Pozycja na liście “do przeczytania”, swoją drogą – tymczasem leży sobie na półce z innymi książkami dla biznesu.

Zanim jednak przedstawię tradycyjną listę – wyznanie. W tym kwartale po raz pierwszy zacząłem czytać książkę i jej nie skończyłem. Ba, odrzuciła mnie ona od książek papierowych (tak, jak kiedyś “Pokaż, na co cię stać” zabiło we mnie miłość do audiobooków). Tą pozycją był “Wędrujący świat” Kołodki. Do dziś nie rozumiem, dlaczego zacząłem to czytać. W skrócie – narcyzm, prywata i niesamowicie trudny język (to o książce, nie o moich powodach). A przebrnąłem ledwo przez szesnaście stron. Odradzam gorąco, kupić tylko wtedy, jeśli ktoś ma w komodzie jedną nóżkę krótszą. I to znacznie krótszą, bo “Świat” jest sporą cegłą. Przypominam przy okazji żart, że stopnie miłości do siebie określamy następująco: normalny, narcystyczny, bufonada, Kołodko.

Ale nie ma sensu przeciągać w nieskończoność, skoro i tak pragniecie jedynie dowiedzieć się, z czym przyszło mi się zmagać w tym kwartale. I czy warto było?

  • D. Glukhowsky “Metro 2033”

Pierwsza z apokaliptycznych książek w tym kwartale. Gruba cegła, mocno wciągająca, rysująca bardzo spójny świat. A co to jest za świat? Tradycyjnie, jak to w tego typu produkcjach – mamy świat po wojnie atomowej. A właściwie – po zagładzie. Całkowitej. Na powierzchni nie pozostał już nikt. Piszę na powierzchni, ponieważ powieść dotyczy grupki kilkunastu tysięcy moskwiczan, którym w chwili ataku udało się zbiec do metra. Przypadkiem chwycili nieco trzody i drobiu, jakiś podstawowy sprzęt, broń… a to, czego zabrakło, zrobili sami. Lub przynoszą im stalkerzy – zawodowcy, odpowiednio wyposażeni na wyprawy na powierzchnię. Nie tylko w stroje ochronne, ale i w broń. Dużo broni. Bo na powierzchni czają się potwory. Zresztą na stacjach też nie jest lepiej – frakcje, wojny, wielka polityka, faszyści, komuniści, fanatycy religijni. Do wyboru, do koloru. A z okolic zapomnianej stacji zaczynają jeszcze przybywać “czarni” – zmutowane stwory, żądne krwi… A to dopiero początek. Warto dotrwać do zakończenia, bo ma w sobie to coś. Czy przeczytać? Bez wahania, nawet, jeśli do powieści tego typu podchodzimy łukiem.

  • R. Allen, M. Hansen “Jednominutowy milioner”

Książka będąca podobno biblią tych, którzy chcą się szybko wzbogacić. Polecana przez Cebulskiego w jego książce “Efekt motyla” (przeczytanej w poprzednim kwartale). Kompletny opis narzędzi niezbędnych do stania się milionerem. A konkretnie – światłym milionerem. Ci z Was, którym zapaliła się ostrzegawcza lampka na hasło “światły”, mogą ją zgasić. Żadnego werbunku do sekty nie stwierdzono. Ale wszelkiej maści pozytywne wizualizacje są tu na porządku dziennym. Podstawowe pytanie brzmi – czy minuta wystarczy, aby stać się milionerem? Autorzy odpowiadają dość wcześnie, nie trzymając nas w niepewności. Oczywiście, że wystarczy. Musimy mieć tylko bardzo wiele minut. A mówiąc serio: książka zasadza się na dwóch pytaniach. Pierwsze brzmi – czy umiałbyś zdobyć milion dolarów w miesiąc, kwartał albo rok? Tu zapewne większość odpowie sobie uczciwie, że nie. W tym momencie pada drugie pytanie – a gdyby od tego zależało życie Twoich najbliższych? Podchwytliwe, ale skuteczne. Książka dodatkowo jest ciekawie skomponowana – strony parzyste to poradnik z krwi i kości, a nieparzyste – opowieść o kobiecie, która miała tylko 90 dni na zdobycie miliona. Inaczej musiałaby na zawsze pożegnać się ze swoimi dziećmi. Jeśli lubisz książki motywacyjne – rzuć okiem.

  • M. Kozak “Renegat”

Ciąg dalszy przygód Vespera, bohatera książki “Nocarz” (również przeczytanej w poprzednim kwartale). Po tytule można się domyślić, co się stało. Tym razem sympatycznemu wampirowi z legitymacją ABW przyjdzie być “tym złym” (dajcie spokój, żaden “spoiler alert”, to było bardziej niż oczywiste). Mamy więc cały wachlarz duchowych rozterek – czy robię słusznie, co zrobić, jak zrobić, komu służyć, czemu być wiernym i tak w kółko. Plus tradycyjnie jedna scena seksu opisana ze szczegółami. Tym razem rozdziały układają się w dość spójny serial, a nie oderwane epizody, więc i lektura przykuwa skuteczniej. No i to zakończenie… Tak, można się domyślić, ale i tak chcę przeczytać ostatnią część, zatytułowaną “Nikt” (cóż za przewrotny tytuł). Książka jest znakomitym wypełniaczem podróży, nic więcej. Jeśli podobał Ci się “Nocarz”, to w klimatach z “Renegata” poczujesz się jak u siebie w domu.

  • A. Christie “Morderstwo w Orient Expresie”

Królowa kryminału znowu w moich rękach. Klasyczna sytuacja – zamknięta przestrzeń (tym razem luksusowe wagony pewnego kultowego pociągu, uwięzione w zamieci śnieżnej), trup, zagadka, coraz większy krąg podejrzanych, coraz mniej czasu. I na tym wszystkim, niczym wisienka na torcie, jeden wkurzający Belg, w randze detektywa. Hercules Poirot, bo o nim mowa, ma zwyczaj zjawiania się tam, gdzie akurat jest potrzebny. Albo – patrząc inaczej – ludzie z jego otoczenia mają brzydki zwyczaj umierać. I to niekoniecznie w naturalny sposób. Na szczęście błyskotliwy umysł detektywa poradzi sobie z każdą zbrodnią. Polecać chyba nie muszę, bo to książka równie specyficzna, jak wszystkie kryminały. Zwłaszcza te klasyczne. A ja jeden z elementów powieści zrozumiałem dopiero po przejażdżce nocnym pociągiem podczas podróży poślubnej (sypialne wagony w Polsce nie mają przejść między przedziałami).

  • M. Kozak “Fiolet”

Pani Kozak znowu pojawia się na liście, ale tym razem bez wampirów. Za to z kosmiczną inwazją. Tak wiec mamy kolejną książkową apokalipsę. Na naszej spokojnej planecie zupełnie nagle zaczynają wyrastać Fiołki. Wielkie rośliny (nie zgadniecie, jakiego koloru…), emitujące najprawdziwszy cyjanek. Draństwo upodobało sobie centra wielkich miast, wyrasta podstępnie, atakuje szybko i zabija wszystkich w pewnym promieniu. Gdy świat orientuje się, że fioletowe zło przybyło do nas z gwiazd, a “nasionka” regularnie wchodzą w naszą atmosferę, zaczyna się kombinowanie. Zarodniki można zniszczyć – ale tylko w powietrzu, zanim dotkną gruntu. Dlatego na całym świecie tworzone są jednostki spadochroniarzy, którzy mają jedno zadanie – podlecieć do namierzonego przez radary zarodnika i wytruć wszystko, co może zagrażać ludziom na dole. Nierzadko misje takie są samobójcze, bo truciznę do nasionka udaje się tłoczyć zbyt późno. Kiedy w centrum Warszawy wyrasta Fiołek, życie w stolicy zmienia się nie do poznania. W ścisłym centrum jest strefa śmierci. Na niebie królują spadochroniarze, przechwytujący zarodniki. A do tego mafia, służby, polityka – czyli polska rzeczywistość w sosie apokaliptycznym. Polecam, bo dość szybko się czyta i choć postacie są dość płaskie, to historia ma w sobie “to coś”.

  • A, Ziemiański “Wojny urojone”

Apokalipsa inaczej. Na orbitę ziemską wraca po długiej podróży wielki statek kosmiczny, właściwie – dwa statki. Na ich pokładach: kilka tysięcy mężczyzn. I jeden problem – ze starej planety nie docierają żadne oznaki ludzkiej bytności. A w każdym razie w takim jej stadium rozwoju, jakiej można się było spodziewać. Ludzie na planecie żyją w dziwnych miastach, z technologią jakby żywcem wyjętą ze średniowiecza. Kosmiczni podróżnicy postanawiają wyjaśnić zagadkę – główny bohater, wraz z kolegą, zostają wysłani przez dowódcę do zbadania sprawy. Z każdym kolejnym krokiem będą brnąć w nierealny świat. A my wraz z nimi. “Wojny urojone” to bardzo dobra książka, nie jest tak naiwna jak “Dziennik czasu plagi”, choć bazuje na tych samych ogranych schematach. Pomysł na scenariusz filmu – praktycznie gotowy. Bohaterowie – dokładnie tacy, jacy być powinni. Lektura lekka, łatwa i przyjemna, choć można dopatrzeć się drugiego dna. Oraz kilku niezłych tekstów. Zdecydowanie warto.

  • A. MacLean “Stacja arktyczna “Zebra””

Powieści sensacyjne MacLeana mają swój urok. I nie mówię tu tylko o tych, które dzieją się podczas ostatniej wojny światowej. “Zebra” to historia z czasów Zimnej Wojny – więc przy czytaniu ma się świadomość, że dziś pewne sprawy załatwia się inaczej. Niemniej opowieść wciąga – i tak być powinno. Do samego końca kombinowałem, kto jest tym złym, a kto jest tym dobrym. A do tego otrzymujemy niesamowicie realistyczny opis niegościnnej, lodowej pustyni. Jeśli tam faktycznie tak wygląda, to za wycieczkę w okolice Bieguna Północnego chyba podziękuję. Kronikarsko o fabule – stacja meteorologiczna na gigantycznej, dryfującej krze lodowej, w wyniku pożaru traci łączność ze światem. Dzielna marynarka spod znaku gwiazd i pasków wysyła dzielnych marynarzy na dzielnej łodzi podwodnej o napędzie atomowym, aby uratować polarników. Ale nie wszystko idzie gładko, co prowadzi do wniosków, że może ktoś, gdzieś, jakoś – maczał w tej całej sprawie brudne paluchy. Pomimo arktycznego wiatru, wiejącego ze stron książki, gorąco polecam.

  • J. Clarkson “Świat wg Clarksona 3”

Zbiór felietonów autorstwa najbardziej rozpoznawalnego dziennikarza motoryzacyjnego z Wielkiej Brytanii. Choć felietony napisano kilka lat temu, dotykają dość uniwersalnych tematów, jak relacje międzyludzkie, polityka na Wyspach czy ekologia. Znając styl Clarksona nietrudno się domyślić, że będzie miał zdanie odmienne niż politycznie poprawna większość. Płetwale błękitne? Można je wybić. Ekolodzy? Zacznijmy do nich strzelać. Dzieci? Demony z piekła rodem. I tak w kółko. Barwne metafory, przewrotne logika i wyrazisty autor – to się może podobać. Warto poznać, nawet jako “sztukę dla sztuki” – nie trzeba się zgadzać z Clarksonem, aby docenić jego kunszt felietonisty. I tylko felietonisty, bo pisarzem to on chyba nie jest. Krótka, treściwa i zabawna forma – oto jego powołanie.

Kusiło mnie, aby umieścić w tym zestawieniu jeszcze jedną, rewelacyjną książkę, którą skończyłem czytać po powrocie z podróży (czyli na początku października), a której we wrześniu najzwyczajniej nie zdążyłem doczytać (nie chciało mi się zabierać książki, gdzie zostało mi około 30 stron). Ale skoro ustaliłem sobie na początku twarde zasady, że opisuję wyłącznie książki, które skończyłem czytać w danym kwartale, to będę zasadniczy. Ową książką zacznę więc zestawienie za czwarty kwartał – opublikowane na początku stycznia. Wtedy też podsumujemy całą akcję i zobaczymy, co z niej wyszło. Trzymajcie kciuki, bo droga wciąż daleka, a czasu coraz mniej!

Jeśli podobał Ci się ten tekst, polub mnie na Facebooku!