Shrek Forever – and never again

Byłem, widziałem. Ponoć to ostatni film z tej serii. Narzeczona przezornie dodaje “w tym roku”, ale faktycznie – jeśli historia będzie dalej szła w tę stronę, to więcej się z zielonego ogra nie wyciśnie.

Pamiętacie, jakim szokiem był pierwszy “Shrek”? Kiedy poszliśmy do kina na bajkę, a trafiliśmy na ostrą parodię, przeznaczoną dla dorosłych? To była jazda! Te aluzje, odwołania, żarty z podwójnym dnem. No i rewelacyjna polska wersja językowa, ze Stuhrem kradnącym cały show. Świat zwariował na punkcie zielonego stwora i nie było w tym nic dziwnego. Potem przyszła dość dobra część druga i trzecia, też nie od macochy. Owszem, to już nie była ta świeżość, ale to nadal były świetne żarty, rozrywka dla młodych i starych – no i genialny dubbing.

Dziś możemy oglądać część czwartą. Shrek ma dość nudnego życia na łonie rodziny i z pewnym kurduplowatym czarnoksiężnikiem podpisuje pakt – jeden dzień z jego przeszłości w zamian za jeden dzień starego, dobrego życia ogra – odludka. Niewyrośnięty mag bierze dzień narodzin ogra, w związku z czym tworzy się pewien paradoks – Shrek nigdy się nie narodził, a więc gdy skończy się doba, nie będzie miał do czego wracać. Musi więc naprawić to co popsuł – najlepiej z pomocą sprawdzonych przyjaciół. Ale jak ich do siebie przekonać, skoro oni ni mogą znać kogoś, kto nie istnieje?

Całkiem niezły punkt wyjścia, prawda? Zwłaszcza dla antybajki, jaką były filmu o ogrze. Piszę “były”, bo to, co dostajemy tym razem to typowy, disnejowski lukier. Bohater w kłopotach, walka o swoje, wielka miłość i – no chyba nie spodziewacie się niczego innego – szczęśliwe zakończenie. Jakaś przewrotność? Zapomnijcie. Złamanie schematu? Nic z tego. Wysublimowane żarty z drugim dnem? Ani jednego. To może genialne tłumaczenie z nawiązaniami do polskich realiów? Cóż, najwyraźniej krajowa ekipa odpowiedzialna za czwartą część też stwierdziła “robimy cokolwiek, bo i tak tłumy przyjdą”.

OK, przesadzam, na upartego można się dopatrzyć jednego odwołania do polskich realiów. Ale słabego.

Trochę to smutne, że zamiast z wielkimi fajerwerkami i zaskakującym zakończeniem, przychodzi nam się żegnać (ale czy rzeczywiście pożegnać?) ze Shrekiem, Osłem, Fioną, Kotem, Ciastkiem i resztą ferajny w tak oklepany sposób. A mogło być tak pięknie.

Poniżej tradycyjnie – zwiastun.

Aha, gdybyście dali się skusić na wersję 3D – szału nie ma. Filmy trójwymiarowe najlepsze są na ekranach sferycznych. Ale tak to już chyba będzie, że większość filmów będzie w 3D, a kina pozostaną 2D.

Jeśli podobał Ci się ten tekst, polub mnie na Facebooku!