Spacer po Gdańsku – i nietypowa plaża

Przyznać trzeba jedno – przez ostatnie dwa weekendy pogoda w Trójmieście była przepiękna.

Więc nie pozostało nam nic innego, jak skorzystać z niej i wyruszyć wpierw na spacer po Parku Oliwskim, połączonym ze zwiedzaniem katedry. Jakby na to nie patrzeć – człowiek mieszka od urodzenia w Gdańsku, a niewiele wie o zabytkach, które ogląda cały świat (bo oliwskie organy to unikat, proszę Czytelników).

W parku, jak to w parku – dzieci się śmieją, rodzice biegają za dziećmi, ptaki szukają frajerów, którzy sypnęliby im nieco okruchów (pomimo tabliczek zabraniających dokarmiania ptaków). Zwykły dzień. Plus jakaś młoda para na zwyczajowym plenerze i mały tłumek, robiący sobie zdjęcia u wodospadu.

A jednak coś wydało mi się nieco dziwne w porównaniu z moimi poprzednimi wizytami w tym miejscu. Otóż niektórzy ludzie wchodzili na trawę, siadali na niej, a nawet – o zgrozo – kładli sie na niej. Rzecz wcześniej niespotykana nie tylko w Oliwie, ale i w wielu innych miejscach w całej Polsce.

Ale miało być o spacerach.

Tydzień później znowu wybraliśmy się na spacer. Tym razem do Muzeum Archeologicznego – korzystając z dobrodziejstwa darmowych biletów mogliśmy poznać dawne dzieje naszego regionu. Tu naszła mnie refleksja – jak wielką rolę w rozwoju społeczeństw odkrywa przypadek. Bo nie można inaczej określić faktu, że z dwóch podobnie startujących kultur, w dwóch odległych od siebie miejscach, wyrosły dwie mocno różniące się cywilizacje. Pasterze reniferów, żyjący pierwotnie w tych rejonach, po stopniowym ucywilizowaniu się i poddaniu się wpływom europejskim, przekształcili się w spory i dumny naród. Z kolei mieszkańcy Południowej Ameryki, choć samodzielnie utworzyli państwo porównywane zapewne z Rzymem, dali się zmarginalizować. Ale Majowie, Aztekowie i Inkowie nie mieli jednego – koła.

Porzucając zgubne dygresje – gorąco polecam wstąpienie do Muzeum Archeologicznego. Nawet, jeśli pogoda nie dopisuje, warto się tam wybrać. Można zobaczyć ciekawy przekrój przez epoki i szkielety…

Po odwiedzeniu Muzeum udaliśmy się na króbką wycieczkę z audioguidem. To nowy (jak podejrzewam) sposób zwiedzania Gdańska – bardzo przyjemny, dobry dla dorosłych i dla dzieci. I to właśnie podczas tego zwiedzania zauważyliśmy kolejny przykład Zmiany.

Tak, dobrze widzicie. To jest kawałek trawy, po którym wolno chodzić. Ba, jest to nawet wskazane. Na ten trawnik mają zakaz wstępu wszelkie psy – aby można było przejść po nim boso…

Te dwa znaki są niewątpliwym symbolem, że – wybaczcie nieelegancki zwrot – cywilizujemy się. W znanym mi świecie trawniki są dla ludzi. Do dziś mam w pamięci bosonogiego człowieka, ćwiczącego tai – chi na skrawku zieleni przed hotelem Four Seasons w Budaeszcie. W Polsce zawsze obowiązywała magiczna tablica “Nie deptać trawników”, spod jurysdykcji której wyjęte były psy pędzące za potrzebą.

Na szczęście to się zmienia. Może za kilka lat doczekamy się też w parkach publicznych grilli, jakie podobno są w Australii? Liczę na to.

A ze spaceru wróciliśmy z nową koleżanką…w końcu zbliżał się Dzień Dziecka!

A jak jest u Was? Trawniki są dla ludzi, czy dla miasta? Macie jakieś udogodnienia? Napiszcie w komentarzach.

PS: może nie znam Polski zbyt dobrze, ale nie wiem, czy jest drugie takie zielone miasto, jak Gdańsk. Ostatnio doszedłem do wniosku, że w Gdańsku z każdego prawie miejsca widać las. To dopiero odpoczynek dla oczu!

Jeśli podobał Ci się ten tekst, polub mnie na Facebooku!