Klient – nasz pan

Ciekawa historia przytrafiła nam się ostatnio w Empiku. Są jednak na świecie rzeczy, o których się nikomu nie śniło.

Narzeczona, przeglądając oferty na empik.com zauważyła, że pewne produkty (nie wymieniam nazwy, bo nie jest to istotne – a owe produkty nabyliśmy jako prezent na przyszłość), składające się na dość zacną kolekcję, są w dużej przecenie. Okazja może się już nie powtórzyć, więc decyzja zapadła w kilka sekund – kupujemy całość, od ręki.

Minęło nieco czasu i Narzeczona otrzymała maila od empik.com – niestety, zamówienie nie może być zrealizowane, ponieważ nie możemy skompletować kilku elementów. Czy w takim razie należy anulować całe zamówienie, czy też tylko tę jego część, która nie może być zrealizowana? Z ciężkim sercem wybraliśmy opcję numer dwa. Ale wrodzona ciekawość Narzeczonej kazała jej sprawdzić, czy owe niedostępne produkty faktycznie nie są ujęte w ofercie sklepu.

Niespodzianka – każdy z nich jest nie tylko dostępny, ale i dostarczany praktycznie od ręki.

Chytry plan w głowie mojej Narzeczonej był następujący – produkty anulowane w jej zamówieniu zamówię ja, na moje konto empik.com – i zobaczymy co się stanie.

Po kilku dniach otrzymałem maila – moje zamówienie zostało zrealizowane i czeka do odbioru w sopockim Empiku. Zamówienie Narzeczonej jeszcze przez kilka dni nie mogło dotrzeć do salonu w gdańskiej Alfie…

Błąd matriksa?

Co by jednak nie mówić – Empik dobrym sklepem jest (nawet, jeśli ustawia w dziale dziecięcym Kamasutrę dla najmłodszych i rysunkową wersję “Boga urojonego”). A salon w Sopocie jest zupełnie wyjątkowy – zawsze odbierając tam zamówienie czuję się wyjątkowo (bardziej wyjątkowo niż w innych trójmiejskich salonach). Otóż ZAWSZE, gdy odbieram zamówienie internetowe w punkcie informacyjnym, przemiła pani (bądź – co rzadsze – pan) z uśmiechem zanosi moją paczuszkę do kasy. Gdy raz odruchowo wyciągnąłem rękę po zamówione książki, usłyszałem “proszę się nie przejmować, ja zaniosę zamówienie do kasy”. Wszystko z uśmiechem. Paczuszka leżała sobie potem koło kasy, a ja mogłem spokojnie buszować między regałami.

Bardzo miłe wrażenie.

W chwili, gdy piszę te słowa, siedzę w pociągu relacji Gdańsk – Warszawa. Jak to zwykle w pociągach InterCity (popularnie zwanymi “ickami”) bywa – przewoźnik oferuje drobny poczęstunek, ciastko z herbatą, dla każdego podróżnego. Dziś traktuję to jako standard – jednak pamiętam jak miło mi było, gdy spotkało mnie to po raz pierwszy (a było to w czasach gdy zamiast małego pierniczka oferowano kanapkę…). Dziś jednak znowu zostałem bardzo mile zaskoczony. Pani z wagonu restauracyjnego, która zwykle roznosi owe poczęstunki na wózku barowym, po każdej stacji przechodziła wzdłuż wagonu, dostrzegała osoby, które dopiero wsiadły i zbierała od nich zamówienia. A potem, gdy pociąg ruszył, donosiła owe zamówienia. Dodatkowo dowiedziałem się, że można zamówić posiłek w wagonie restauracyjnym (dawny “Wars”) z opcją doniesienia do przedziału.

Nie wiem, od jak dawna takie porządki są w “ickach”, ale zrobiło to na mnie niesamowicie pozytywne wrażenie.

Ale to nie wszystko. Pani, która roznosiła posiłki, była osobą niesamowicie pogodną, uśmiechniętą. Do każdego odnosiła się z życzliwością. Wręcz tryskała radością – aż podróżujący ze mną Niemcy dziwili się, że owa pani potrafi tak radośnie podawać kawę i zbierać puste kubki.

Wiem, że na tzw. “Zachodzie” to zapewne standard, ale dla mnie to zawsze jest (i pewnie jeszcze długo będzie) miłe zaskoczenie – że można do swojej pracy (zwłaszcza dość monotonnej, jak sądzę) podchodzić z taką radością, jak pani z wagonu restauracyjnego i z takim oddaniem dla klienta, jak pani z sopockiego Empiku. Oby więcej takich pracowników, a wszystkim nam będzie żyło się ciut lżej.

Jeśli podobał Ci się ten tekst, polub mnie na Facebooku!