Bękarty wojny – rewelacyjny film Quentina Tarantino

Dawno temu, w okupowanej przez Nazistów Francji…

Uwaga – poniższy tekst zawiera fragmenty fabuły i może zdradzać zakończenie. Jeśli nie chcesz popsuć sobie zabawy, wiedz tylko tyle, że gorąco polecam pójście do kina na najnowszy film Tarantino.

Jedno z haseł w zapowiedziach tego filmu mówiło „nie widziałeś wojny, jeśli nie widziałeś jej oczami Quentina Tarantino”. I to jest stuprocentowa prawda. II WŚ w wykonaniu (tak, w wykonaniu – bo to nie jest relacja, a kreacja) Tarantino to przednia zabawa przetykana jatką. A do tego, dla nas, siedzących po tej stronie ekranu, gdzie nie ma stosu klisz filmowych i operatora z zapalniczką, dodatkowa zabawa w wyszukiwanie WSZYSTKICH możliwych nawiązań do kina. Czasem to drobiazgi, jak Pola Negri czy fajka oficera SS, czasem coś większego. Zauważyłem, że Tarantino pozwala sobie na cytowanie samego siebie. Scena negocjacji z żołnierzem w piwnicy bardzo przypomina scenę z Kill Bill, gdzie Beatrix negocjuje z płatną morderczynią (nawet argument o rodzicielstwie jest podobny!), albo długie ujęcie w kinie, gdy przybywają goście – czy nie widzieliśmy tego tuż przed masakrą w Domu Błękitnych Liści? Albo Pitt wycinający wycinający swastykę na czole niemieckiego oficera, łącznie z pięknym dialogiem tuż przed tym – czy nie chciałoby się włożyć w usta Jankesa słów „ja jestem tyranią złych ludzi”?

Tarantino znakomicie pokazuje wojnę – ale tylko te jej części, które widzi w swojej głowie. Dlatego jego postacie – bez względu na narodowość – mogą mówić po angielsku tylko wtedy, gdy wszyscy się na to zgodzą, w przeciwnym wypadku pięknie mówią po francusku, niemiecku, włosku. Jeżeli na wojnie Tarantino jest krew – to wylewa się z ekranu wiadrami. Jeśli jest przemoc – to tylko w najlepszym gatunku. Jeśli śmiech – to przerysowany do granic możliwości. Ale przede wszystkim jest tam – jak to u Quentina – rozmowa. Dużo rozmowy. II WŚ to chyba najbardziej przegadany konflikt w historii – tu przed każdym zabójstwem obie strony delektowały się długimi, błyskotliwymi dialogami. Dziwi jedynie mała ilość stóp (jak na Quentina Tarantino), ale widocznie Francuzi i Niemcy nie mają odpowiedniego rozmiaru buta, aby poświęcać na to taśmę filmową.

Jak zwykle u Tarantino – choć w teorii wiemy, co może się wydarzyć – nigdy nie mamy pewności, z której strony zaskoczy nas reżyser, kto strzeli, co wybuchnie, kto zginie, a komu będzie dane przeżyć – choć niekoniecznie w jednym kawałku. Także to sprawia, że nie możesz oderwać wzroku od ekranu – bo przecież w każdej chwili może zdarzyć się coś, czego nie możesz przegapić. Albo ktoś zginie, albo sam twórca podpisze ważną postać za pomocą małej strzałki. Wszystko będzie podane jak na tacy – widz ma za zadanie jedynie chłonąć. I oniemieć z zachwytu.

A że historia potoczyła się inaczej, niż tego chcą „Bękarty”? No cóż, widocznie nie umiała inaczej.

Dla mnie film świetny. Nie, przepraszam – rewelacyjny. Tarantino po zakończeniu musiał powiedzieć tak, jak Pitt po wycięciu ostatniej swastyki na niemieckim czole: „chyba wyszło mi arcydzieło”.

Tekst ten ukazał się też w serwisie Filmaster.

A tu – zwiastun filmu. Pytanie do tych, co już byli w kinie – ile scen ze zwiastuna wypadło z wersji kinowej?:)

Jeśli podobał Ci się ten tekst, polub mnie na Facebooku!