Pan każe – sprzedawca musi

Taka garść refleksji po moich ostatnich zakupach mnie naszła…

Najpierw kupowałem w Empiku bilet na koncert Morricone w Stoczni. Płaciłem kartą, w związku z czym zaatakował mnie ostatni empikowski zwyczaj – sprzedawca żegna sięze mną, mówiąc “do widzenia, panie Bartoszu” (dane z karty bierze). Wołacz pełnej formy mojego imienia uważam za nieco pretensjonalny, a poza tym – ten zwyczaj, mający w zamyśle skracać dystans “klient – sklep”, faktycznie go wydłuża. Już chciałem odpowiedzieć do kasjerki “do widzenia, pani Paulino” (plakietka ją zdradziła, ha!), ale pomyślałem, że przecież ta dziewczyna “tylko wykonuje rozkazy”. Może niekoniecznie poczuje się komfortowo, gdy się z nią tak spoufalę?

Ale sam koncert – świetny. Będę długo wspominać.

Kolejny przykład. Mam bilet kwartalny na SKM z Zaspy do Sopotu. ale raz na jakiś czas chcę pojechać gdzieś dalej. Podchodzę więc w minionym tygodniu do kasy SKM w Sopocie i proszę o dopłatę do Wrzeszcza. A tu pani się krzywi i mówi, że właściwie powinienem mieć bilet z Sopotu do Zaspy, ale w drodze wyjątku mi sprzeda. Następnego dnia proszę tę samą panią o bilet do Głównego. Tym razem pani się zbuntowała, powtórzyła tekst o tym, że mam bilet od złej stacji (ma bilet w obie strony…) i powiedziała, że dopłaty mi nie sprzeda. Bo “miała kontrolę i kontrolerka na nie krzyczy, gdy tak sprzedają dopłaty” – w przeciwną stronę, niż jest wystawiony bilet (mówimy o podstawowej trasie – bilet jest, powtarzam, w obie strony). Podszedłem do drugiej kasy, gdzie bilet dostałem bez problemu. Widocznie tam nie było kontrolerki. A ja mogłem kupić dopłatę tak, jak robiłem to od wielu, wielu lat…

Zastanawiam się teraz, czy napisać do SKM o interpretację sprzedaży dopłat:)

I ostatni przykład. W Tesco kupowałem klej typu “kropelka” – taki, co zawsze leży przy kasach. Wziąłem dwa z pierwszej kasy z brzegu (choć była zamknięta) i poszedłem do jedynej otwartej. Tam też był ten klej – z jedną, małą różnicą. Przy kasie, gdzie wziąłem klej, podana była cena 2,49 – a przy tej, gdzie stałem – 2,79. No, pomyślałem, może być ciekawie przy płaceniu. Jaką cenę wybije kasa? Wybiła 2,95… Zrezygnowałem z jednego – ale gdy przyszedł kierownik, aby wykasować zakup, pokazałem mu te etykiety z 2,49. W tym momencie stojący za mną dziadek zaczął krzyczeć na kierownika, ale ten go przepięknie zignorował (brawo! klient nie zawsze ma rację), po czym bez słowa polecił kasjerce skasować kleje za 2,50. Stwierdziłem, że o te dwa grosze walczyć nie będę.

Powyższe przykłady pokazują, że kasjerzy nie są zdolni do podejmowania decyzji samodzielnie. Może są tak zastraszeni, może tak ich szkolą, a może tak wierzą swoim przełożonym? Nie wiem. Ale jak ja mam się odnieść do takiego sklepu, gdzie nie mogę załatwić czegoś tak, jakbym chciał (SKM), albo gdzie jestem dziwnie traktowany (Empik) czy wręcz oszukiwany (Tesco), bo jakiś magiczny system tak zdecydował?

Następnym razem powiem “do widzenia, pani Paulino”. Ja też mogę grać tę rolę.

PS: o Leclercu pisałem tyle, że teraz tylko krótka wzmianka – w temacie podobnym do Tesco. Uważajcie przy kasie, bo w systemie są inne ceny, niż na etykietach. Dowód? Zdjęcie poniżej:

Paragon i ser pochodzą z tego samego dnia. Niby kwestia groszy, za kilogram 12,95 czy 14,95, ale na czymś nas oszukują…

Jeśli podobał Ci się ten tekst, polub mnie na Facebooku!